Chińskie gry imperialne

Chiny chcą być rozpoznawane jako państwo o światowych ambicjach. Lecz czy kraj ten postrzegany przez tak wielu, specjalistów oraz dziennikarzy, spełnia obiektywniejsze warunki, inne niż tylko mniemania ich przywódców oraz obserwatorów, do bycia imperium? Wizje chińskiej potęgi, czasem mrocznej, czasami wyczekiwanej z dreszczykiem emocji, są łatwe do prezentowania w mediach i pobieżnych analizach.

Czy prawie półtorej miliardowe państwo może nie być głównorozgrywającym? Czy kraj, który rozciąga się na milionach kilometrów kwadratowych może nie być jednym z czołowych w świecie? Fakty, powiedzmy, gabarytowe są oczywiście ważne, historia jednak bywa surową nauczycielką. Populacja Chin obecnie to 18% całej ziemskiej populacji, ale to w żadnym wypadku rekord: sto lat temu co czwarty człowiek na ziemi był poddanym Synów Nieba.

Rozmiar to sprawa relatywna, dla Europy to kolos, ale Chiny leżą w Azji, której zabierają niemałą cześć, lecz dla innych też sporo pozostaje. Chiny to wzrastająca, jeszcze ciągle, gospodarka, lecz to dalej raczej dostawca, niż twórca. W przeszłości potrafiły mamić i zwodzić, przede wszystkim kierując się potrzebą bezpieczeństwa, którą gwarantować ma często niewiedza o ich słabościach. Chiny w swojej przeszłości nigdy nie były państwem o ambicjach globalnych. Wprawdzie dzisiejszej ekipie, kierującej Państwem Środka, nie da się przypisać, że wyłącznie kontynuuje odziedziczoną po cesarzach politykę: rządy Partii wniosły wiele nowego, zmieniały kursy i obowiązujące kategorie, to jednak na tę kontynuację Chiny są raczej skazane.

Samotne Chiny

Dobrym przykładem jest tutaj analiza polityki Mao, który potrafił bardzo przekonująco zwodzić i Kreml, i Waszyngton, co do zasięgu swoich ambicji, gdy w ostateczności wszystkie jego zabiegi miały na celu zabezpieczenie Chin w relacjach z najbliższymi sąsiadami. Prezentowanie światowych ambicji miało zawsze na celu osiągnięcie skutków w relacji z najbliższymi sąsiadami; wymuszania na nich ustępstw i wycofywania się ze ich własnych interesów.

Zresztą nie jest to tylko chińska specyfika, często państwa dominujące w jakiś regionach podejmują tego typu pozorowane gry. Gra toczy się o zaistnienie, używając nomenklatury kremlowskiej, chińskiej bliskiej zagranicy, a nie koniecznie o wstąpienie do wyścigu o „panowanie nad światem”. Chodzi tylko o strefy wpływów. Imperium to również kwestia idei, nie tylko usprawiedliwiającej post factum działania, ale stanowiąca natchnienie dla dalszych działań. Porównując choćby „mocarstwowość” amerykańską z chińską rzuca się w oczy jeden ważny szczegół: Chiny są w gruncie rzeczy same.

A historia nie zna „samotnych mocarstw”. Mocarstwa zawsze istnieją w konstelacji ze swoimi sojusznikami (używając amerykańskiej terminologii: przyjaciółmi). Chiny nie mają sojuszników (nie licząc Korei Północnej, Nikaragui, może Wenezueli), bo nie są wstanie zaaferować realnego bezpieczeństwa, ani też wspólnej więzi ideologicznej – w tym zakresie chiny wypracowały w ostatnich dekadach wyłącznie, na początku, „chińską drogę do komunizmu”, by potem wstąpić na „chińską drogę do dobrobytu”. W porównaniu z wcześniej obowiązujących konfucjanizmem, który autentycznie zapładniał okoliczne narody, trzeba przyznać, że to za mało.

Czyje jest Morze Południowochińskie?

Siłę oraz wady chińskiej polityki można obserwować w ostatnich miesiącach w związku z aktywnością Pekinu odnośnie Morza Południowochińskiego. Chiny od lat zgłaszają roszczenia terytorialne do tego akwenu, a oficjalnie w notach wystosowanych do Sekretarza Generalnego oraz Państw Członkowskich ONZ w 2009 r. Otwarcie trzeba powiedzieć, że granice przynależności wysp oraz wód tego morza nie zostały nigdy ostatecznie zatwierdzone i ustalone. Istnieje wyłącznie deklaracja z 2002 r. na którą zgodziły się Chiny oraz inne kraje ASEAN-u.

Legal Issues Picture

W praktyce dotychczasowa chińska granica przebiegała w okolicach 17 południka. Innymi krajami, które zgłaszają pretensje w tej materii są: Wietnam, Filipiny, Malezja, Indonezja, Tajwan oraz Brunei. I to właśnie ich akweny Pekin chce zagarnąć. Granica chińskiego posiadania ma mianowicie sięgać aż do Wysp Riau na południe. Trudno nie określić tych roszczeń jako, co najmniej odważnych: to prawie 2000 km2 na południe od dotychczasowej granicy oraz poważne uszczuplenie dla wód terytorialnych Wietnamu, Malezji oraz Filipin (w przypadku Brunei praktycznie całych).

Swoje pretensje, praktycznie co do całości, Morza Południowochińskiego Pekin wspiera tym, że na jego terytorium leżą „chińskie wyspy” (chodzi między innymi o Wyspy Paracelskie, sporne z Wietnamem i Filipinami), czyli takie nad którymi rozciąga się suwerenna władza Chin. Tym samym żądania co do akwenów są pochodną żądań terytorialnych: chodzi więc tylko o „wody przylegające”. Jest to o tyle ważne, że kwestie terytoriów wodnych oraz pretensji z nimi związanych, są w jakiejś mierze ograniczane przez międzynarodowe prawa i rezolucje – w tym najważniejszą: Konwencję ONZ o Prawie Morskim z 1982 r.

south china seas

Chińskie wyspy

Chinom więc łatwiej rościć pretensje względem wysp/lądów. Zresztą podpisując tę konwencję zastrzegły one, że nie może ona mieć efektu, co do „historycznych praw narodu chińskiego” do jakichkolwiek ziem, jakie Pekin uzna za chińskie; czyli jeśli Chiny uznają, że jakieś terytorium historycznie jest z nimi związane to wszelkie konwencje tracą moc. Chiny powołują się na mapę z 1947 r. (tzw. mapa dziewięciu przerywanych linii) ukazującą, mało precyzyjnie, wyspy na Morzu Południowochińskim jako przynależące do Chin; jest to notabene mapa sporządzona jeszcze przez rząd Republiki Chińskiej (dziś Tajwan), obalonej przez komunistów.

Trzeba też nadmienić, że nie mówimy tutaj o wyspach zamieszkałych, niekiedy są topo prostu wystających ponad poziom morza kamieniach, lecz obszar ten jest bogaty w ropę i gaz; szczególnie Wyspy Spratly (pretensje do tych wysp wysuwają też Wietnam i Tajwan). W sensie ideologicznym pretensje Chin mają czysto nacjonalistyczny wymiar.

Chiny od 2010 r. po redefinicji tego, co określają jako „rdzeń interesu narodowego”, który dotychczas ograniczał się do podtrzymywania pretensji do Tybetu oraz Tajwanu, obecnie za tereny należne państwu chińskiemu uważają dodatkowo także: Arunachal Pradesz (w Indiach) oraz wyspy Senkaku/Diaoyu na Morzu Wschodniochińskim. Z Indiami zresztą w 1962 r. Chiny prowadziły już wojnę o tereny graniczne. Na wodach Morza Południowochińskiego w ostatnich miesiącach dochodzi do coraz większej liczby incydentów. Chiny również budują sztuczne wyspy, głównie do celów militarnych. Do kwietnie 2015 r. Chiny wzniosły ich 7, rozrzuconych po całym Morzu, zarówno blisko akwenów Wietnamu, jak i Filipin. Reakcja

sat-sandcay-beforeafter-1050

Ostrożność Białego Domu

USA uważana jest za dość powściągliwą, część komentatorów mówi wręcz o porażce. Ameryce brak jednolitej strategii względem Chin, które z racji swojej ekonomicznej siły, odgrywają większą rolę i starają się ten fakt wykorzystać. Ameryka też łatwo bywa oskarżana o interesowność, Chiny ją obwiniają nawet o militaryzację strefy Morza Południowochińskiego – w związku z pojawianiem się tam jednostek floty amerykańskiej, co może być, w świetle działań Pekinu, uważane za hipokryzję, ale też służy za usprawiedliwienie własnej polityki.

Dennis Blair i Jon Huntsman wskazują, że USA raczej winny występować jako obrońca „dobra powszechnego”, czyli racji krajów położonych nad Morzem Południowochińskim, niż swoich własnych. Wstrzemięźliwość USA tłumaczy się też tym, że we władzach amerykańskich nie ma wspólnego stanowiska czy Konwencja o Prawie Morskim jest najwłaściwszym wyjściem: Marynarka US wskazuje, że przecież ograniczy ona również swobodę działań amerykańskich. Poza tym we wrześniu ma odbyć się wizyta prezydenta ChRL Xi Jinpinga w Waszyngtonie, a prezydent Obama od roku zaczął prowadzić bardzo pacyfistyczną politykę.

Reakcje Filipin oraz Wietnamu

Ameryce jednak może być pomocna, w całej sprawie, dość stanowcza reakcja państw zagrożonych chińską aktywnością. Filipiny w lipcu br. wystosowały skargę przeciw Chińskiej Republice Ludowej do Trybunału w Hadze. Jest to pierwszy przypadek, gdy jakieś państwo tą drogą skarży Chiny. Działania Filipin są o tyle istotne, że umiędzynaradawiają ten spór, angażując weń ONZ. Wprawdzie po całej sprawie nie można sobie zbyt wiele obiecywać, choćby z racji silnej pozycji Chin w Radzie Bezpieczeństwa, ale Filipiny już podjęły inne działania mające wzmocnić ich pozycję.

Pod koniec lipca Manila ogłosiła gotowość ponownego otworzenia, zamkniętej w 1992 r., amerykańskiej bazy wojskowej w zatoce Subic oraz podpisała kontrakt z Indonezją na dostawę nowych technologii potrzebnych do modernizacji floty za 3 mld dolarów. Podkreśla się, że po latach ochłodzenia stosunków na linii Manila-Waszyngton, otwierają się perspektywy odnowienia relacji. A Filipiny wyrastają na najważniejszego sojusznika USA w regionie. Zmiany w strategii militarnej Japonii, na bardziej aktywną, również można wiązać z reakcją na działania Pekinu.

Choć oficjalnie Japonia proponuje dyplomatyczne rozwiązania i namawia do nich wszystkie strony, to sama się zabezpiecza w bardziej konwencjonalny sposób. Działania chińskie skłoniły również Indonezję do podjęcia, podobnych zresztą co Pekin, kroków: budowy bazy marynarki wojennej. Nowa baza na Morzu Południowochińskim może mieścić się na wyspie Sambas lub Wyspach Riau. 

 Także w kontekście działań Chin należy odczytywać, pierwszą w historii komunistycznego Wietnamu, wizytę jego przywódcy – sekretarza Partii Komunistycznej Wietnamu, Nguyen Phu Thonga w Waszyngtonie. Zaproszenie dla sekretarza było wystosowane już w 2012 r. i wieńczy ono okres długiej, głównie ekonomicznej, współpracy Wietnamu i Ameryki. Współpraca ta ma na celu przede wszystkim uniezależnienie Wietnamu od Chin. Wietnam jest również ważnym partnerem w realizacji planów Partnerstwa Transpacyfistycznego – porozumienia o wolnym handlu między USA a krajami azjatyckimi. USA również inwestują w wietnamską marynarkę wojenną.

Cena i nadzieje polityki

Pytanie pozostaje na co liczą Chiny konfliktując się z większością swoich sąsiadów? Polityka faktów dokonanych stosowana przez Chiny może zadziałać tylko w przypadku bierności innych krajów; Chiny mogą liczyć na to, że działania Filipin (których stan marynarki wojennej jest obecnie w dość opłakanym stanie) czy Wietnamu to blef, a granica chińska będzie sięgać tam gdzie chiński żołnierz postawi swoją stopę.

Jednakże jeśli jest inaczej i dojdzie do konfrontacji na większą skalę czy Pekin zaryzykuje wojnę? Chiny wiedzą, że dopiero nowy gospodarz Białego Domu po 2016 r. podejmie bardziej zdecydowane kroki, mają więc czas by zagarnąć dostatecznie wiele. Gdy nawet przyjdzie im później wycofywać się, to ze znacznie szerszych pozycji – Pekin więc może przedstawić późniejsze, faktycznie niewielkie ustępstwa, jako znaczne poświęcenie. Jednakże ta polityka niweczy plany budowania pozycji Chin jako lidera, a umożliwia, co najwyżej, jako najważniejszego zagrożenia w regionie.

Źródła:

Richard Javad Heydarian, Vietnam and US: from enemies to lovers„Al-Jazeera” [dostęp 02.08.2015]

Denis Blair, Jon Huntsman, A strategy for South China Sea, „Defence News” [dostęp 02.08.2015]

Kerry Brown, South China Sea’s judgement day, „Policy Forum” [dostęp 02.08.2015]

 Zachary Keck, Indonesia is building new military base in South China Sea,  „National Interest” [dostęp 02.08.2015]

Christopher Woody, The South China Sea is now a „core interest” of Beijing, „Business Insider” [dostęp 02.08.2015]

Źródło zdjęcia i map:

Pedro Ribeiro Simoes, Chinese propaganda posters

Sean Mirski, Dispute in the South China Sea, „Lawfareblog”

Land reclamation at Vietnam’s Sand Cay, „NY Times”

Claims on the South China Sea, „Business Insider”

Share Button

Powiązane wiadomości

Napisz odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola oznaczone są za pomocą *



© 2014 Centrum Schumpetera. WSZYSTKIE PRAWA ZASTRZEŻONE.