Terroryzm w Afryce

Wizje Afryki jako kontynentu biedy, wojny i permanentnych konfliktów są oczywiście, szczególnie odnośnie czasów współczesnych, przestarzałe. Wielu znawców Afryki walczy z mitem kontynentu wiecznie wojującego ze sobą samym. Dariusz Rosiak kilka lat temu opowiadał anegdotę o tym, że zapytani przez niego studenci o ilość wojen w Afryce, odpowiedzieli, że zapewne toczy się ich kilkadziesiąt, gdy tymczasem w Afryce nie było wtedy żadnej. Choć i dziś nie toczy się żaden otwarty konflikt zbrojny na jej terenie, to jednak o spokoju dość trudno, tak do końca mówić.

Zainteresowanie Afryką w mediach – przede wszystkim centralną, ostatnimi czasy wzbudziły dwa wydarzenia: podróż Baracka Obamy do Kenii oraz ogłoszenie przez aktora i aktywistę Georga Clooneya zapoczątkowania projektu „The Sentry” mającego badać przepływy finansowe oraz źródła finansowania konfliktów w Afryce. Te przede wszystkim w Somalii, Mali, Libii, Republice Środkowej Afryki oraz Nigerii karmią przekonanie o Czarnym Lądzie jako ziemi specjalnie niepewnej, konfliktowej by nie powiedzieć, z perspektywy europejskiej, dzikiej i nieprzewidywalne.

Kilka dekad pozwoliło jednak sporej liczbie państw osiągnąć względną stabilizację i idący za nią względny rozwój oraz na tyle uporządkowane życie społeczne i polityczne, że będące w stanie wypracowywać trwałe rozwiązania. Zresztą coraz trudniej mówić dziś o jednej Afryce. W latach ’60. gdy wyzwalały się poszczególne kraje, pomimo odmiennego podłoża społecznego, etnicznego oraz kulturowego, pewien zespół cech i wyzwań był wspólny: budowanie nowoczesnych państw – demokratycznych republik, po latach europejskiego kolonializmu. Występowały podobne prądy i problemy, wiele krajów eksperymentowało z socjalizmem, przechodziły przez okres dyktatury (niektóre trwają w niej do dziś jak Zimbabwe czy Angola); narody musiały wyłaniać nowe elity polityczne i społeczne na bazie dotychczasowych, powstałych w czasach kolonialnych. Dziś jednak trudno mówić w jednym zdaniu, bez zastrzegania wielu różnic, o Kamerunie, Ugandzie oraz Republice Południowej Afryki.

Gdy analizujemy konflikty w takich krajach jak Somalia, RŚA czy Nigeria, a na mniejszą skalę w innych krajach w tym regionie, poszukujemy ich źródeł w dość oczywistych sprawach, takich jak: bieda, brak edukacji czy patologie w życiu społecznym i politycznym – korupcja, nadużywania władzy. Wszystkie te uwagi są słuszne, ale zarazem mają one wartość tautologii – znaczy się, tak naprawdę niczego nie wyjaśniają. Aby doszło do jakiegoś zjawiska, jak w środkowej i zachodniej Afryce działalności licznych grup terrorystycznych i wynikłej z tego przemocy i siłowego rozwiązywania konfliktów, musi istnieć konkretniejsza przyczyna, bardziej bezpośrednia oraz tło, czyli określona przestrzeń konfliktu.

Przyczyną bezpośrednią jest w tym przypadku demografia – społeczeństwa afrykańskie to społeczeństwa młode, a więc o dużym odsetku młodych mężczyzn. Na tę podstawową przyczynę nakładają się kwestie ekonomiczne i społeczne – niski poziom edukacji, w tym dalej występujący problem analfabetyzmu: w regionie alfabetyzacja waha się od Gabonu gdzie sięga ponad 80% po kraje takie jak Mali, Mauretania czy Republika Środkowej Afryki, gdzie czytać i pisać potrafi mniej niż połowa społeczeństwa. Gospodarka państw centralnej i zachodniej Afryki to w gruncie rzeczy gospodarka rolnicza, a handel – szczególnie ten o dużym znaczeniu ekonomicznym, polega przede wszystkim na wywozie surowców.

Efekt jest taki, że w krajach subsaharyjskich bez pracy pozostaje średnio 50% młodych ludzi. Młodzi Afrykańczycy są lepiej wykształceni niż ich rodzice, lecz posiadają mniejsze szanse zawodowe – z uwagi na zamknięty system ekonomiczny. To więc co dla wielu może być widziane jako atut: młode społeczeństwo, jeśli dodać do tego warunki socjalno-ekonomiczne, staje się problemem. Tym bardziej jeśli oznacza ono słabo lub w ogóle niewykształcone społeczeństwo, bez perspektyw zawodowych, często postrzegające świat w uproszczonych kategoriach, których nie ma jak przed nim zweryfikować, to jest to bezpośrednie źródło konfliktu, bo rodzi potencjalną siłę polityczną – młodych, zdesperowanych mężczyzn, gotowych, celem polepszenia swojego życia, do czynienia aktów przemocy. 

 Tłem natomiast dalej pozostaje rzeczywistość postkolonialna, czyli przede wszystkim poczucie braku właściwej reprezentacji w elicie, odczuwane przez społeczeństwo, któremu ona przewodzi. Władza, niezależnie w jakim ustroju, musi reprezentować społeczeństwo i jego przekonania – nawet jeśli władzą jest nieobieralny monarcha, w którego jednak legitymizację wierzy większość społeczeństwa, to tym samym reprezentuje on społeczne rozumienie władzy. Elity postkolonialne mają skłonności do traktowania „podległych” sobie społeczeństw z dużym dystansem, niekiedy wrogością; na dziedzictwo francuskie i brytyjskie, w którym różnice cywilizacyjne tłumaczono poprzez odmienności kulturowe, doszedł socjalistyczny model realizowany w wielu krajach do lat 90., który zakładał głębokie przekształcenie społeczne, często powiązane z odrzuceniem „przeszłości”.

Elity te są to często elity „miejskie”, nierzadko wykształcone na zachodzie, czego efektem jest brak wspólnoty kulturowej między nią a resztą społeczeństwa – tzw. demokracji społecznej. W afrykańskich społeczeństwach więc, nie tylko muzułmańskich, łatwo pojawia się przekonanie, że edukacja, kultura czy nauka są „zachodnie”, a więc nie dla nich; a elitę, która odwołuje się lub swoją pozycję buduje na absorpcji „tego, co zachodnie”, neguje się jako nie oddającej właściwie interesów ludności. Szczególnie często rysuje się konflikt na linii miasto – prowincja. Tym bardziej że państwo, rozumiane jako władza i administracja, też jest „miejskie”, znaczy się nie sięga poza zwarte skupiska; wieś często rządzi się sama.

Chęć restaurowania władzy „prawdziwie” reprezentującej społeczeństwo ma na celu tak Boko Haram w Nigerii, Seleka w Republice Środkowej Afryki jak i Armia Bożego Oporu w Ugandzie. Udział w tego typu organizacjach, łatwo ewoluujących z ruchów oporu, przez terroryzm, w zwykłe organizacje przestępcze, stanowi alternatywę dla wiejskiego życia, z którego trudno się „wyrwać”, często źródło bogactwa (rabunek, przemyt), ale również tożsamości oraz poczucia misji – walki ze skorumpowanymi i sprzedajnymi rządami.

Wspomniany wcześniej projekt „The Sentry”, który odsłania mechanizmy powiązań finansowych między rządami, organizacjami terrorystycznymi oraz międzynarodowymi firmami, dostarcza dużo wiedzy o tym jak i dlaczego organizacje terrorystyczne utrzymują się i dlaczego mogą być atrakcyjne dla młodych Afrykańczyków. Np. organizacja Global Witness wykazała jak istotnym dla działalności Seleki był handel drewnem z firmami z Chin czy Francji. Lecz te, ważne skądinąd, informację mogą utwierdzić przekonanie, że winę za konflikty w Afryce ponoszą rządy oraz międzynarodowe firmy, gdy te ostatnie zjawiają się zazwyczaj gdy konflikt już jest, a ich działalność – handel z organizacjami terrorystycznymi, co najwyżej konflikt podtrzymują, lecz nie są jego źródłem.

Jak przekonywał Tocqueville rewolucje nie wybuchają gdy warunki życia są złe, lecz gdy obiecywano poprawę, lecz nie potrafiono dotrzymać obietnicy – rewolucje to więc wynik nieudanych reform. Większy udział w wojnach na afrykańskim lądzie, niż decyzje poszczególnych prezydentów oraz prezesów, mają trudne do uchwycenia procesy społeczne i kulturowe: rozmijanie się dostarczanych przez edukację i kulturę oczekiwań a realnych możliwości państw.

Źródła:

George Clooney wants to expose people who finance Africa’s conflicts, „Quartz” [dostęp 5.08.2015]

Rebecca Tinsley, Africa’s angry young men, „Foreign Policy” [dostęp 5.08.2015]

Central Africa Republic conflict ‚part-funded by European firms’, „BBC News” [dostęp 5.08.2015]

Źródło zdjęcia:

Michael Fleshman, BBOG3MAYNYC_DSC_0291

Share Button

Powiązane wiadomości

Napisz odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola oznaczone są za pomocą *



© 2014 Centrum Schumpetera. WSZYSTKIE PRAWA ZASTRZEŻONE.