Niewidzialne imperium Elżbiety II

Anglosfera jest związkiem nieformalnym, lecz o wielkim znaczeniu w światowej polityce. Stanowi ona w znacznej mierze jedno z najważniejszych atutów monarchii Elżbiety II i jej następców

Królowa

9 września Elżbieta II stała się najdłużej panującym monarchą w historii Wielkiej Brytanii; jak odnotowały wszystkie media pokonała ona swoją słynną rywalkę Królową Wiktorię, której piętno odznaczyło się  na drugiej połowie XIX wieku. Elżbieta II nie posiada żadnych realnych uprawnień politycznych – jak mawiają Brytyjczycy, szczególnie zwolennicy zachowania monarchii, jest symbolem. Ostatnie dekady, gdy rodzina królewska stała się zjawiskiem medialnym – co można było obserwować choćby w związku z narodzinami dzieci księcia Williama, uczyniły z niej wręcz zjawisko pop-kulturowe.

7195944290_9f66307452_b

Dawniej ściśle powiązane z monarchami terminy jak majestat, dostojność, straciły na tyle, z posiadanej dawniej oczywistości, że trzeba o nich, przy różnych okazjach, przypominać. To co dostrzega się przez ostatnie pół wieku, to stały proces opadania z tej szacownej instytucji jej specyficznego wdzięku, symbolicznej roli i siły. Z Bożej łaski, Królowa Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej, Kanady, Australii, Nowej Zelandii itd., Głowa Wspólnoty, Obrończyni Wiary Elżbieta II była świadkiem redukcji roli sprawowanego przez siebie urzędu.

Choć nie wypowiada się ona o sprawach publicznych, wiadomo, że do swojej funkcji podchodzi bardzo poważnie. Liczy się dla niej bardziej staromodna godność, niż nowoczesny pijar, dlatego zdarzało jej się tak nieumiejętnie, gdy mierzyć to współczesną wrażliwością, reagować na wydarzenia. O metafizycznym wymiarze jej stanowiska nikt, chyba poza nią, nie mówi. Demokratyzacja w parze ze sekularyzacją nie przyniosły nowej symboliki o równie doniosłym wydźwięku jak stary porządek, ale okazały się silniejsze. Król Filip VI, który wstąpił na tron w 2014 r. po abdykacji Jana Karola, zrezygnował z mszy świętej i pompatycznej tytulatury, aby uszanować tym samym, jak to określił, wieloreligijny charakter Hiszpanii, co z żalem było odnotowywane przez prawicowe media.

Niepewna przyszłość

Trwałość monarchii na Wyspach nie jest nawet pewna. Postać następcy, który wstąpi na tron zaraz po śmierci Elżbiety II, o ile ta nie okaże się nieśmiertelna, jej syna Karola (będzie panować jako Karol III), nie budzi sympatii w społeczeństwie. Część wskazuje też na duży „aktywizm” króla, mający utrudniać mu ewentualne sprawowanie urzędu. Od wielu dekad pojawiają się więc zapowiedzi wprowadzenia republiki. Polly Toynbee, dziennikarka lewicowego The Guardian, wnuczka znanego historiozofa, tak to ujęła: Let her reign as long as she lives – but let her be Elizabeth the Last.

Zwolennicy republiki mają nie tylko w zanadrzu argument o nielubianym Karolu, o nieprzystawalności monarchii do XXI wieku (cokolwiek ma to znaczyć, niemniej wiek się dopiero rozpoczął), ekonomię (prezydenci są tańsi, no chyba że mówimy o Francji), ale też o utrzymaniu państwa w jedności – odśrodkowe ruchy w Szkocji czy Walii są zarazem republikańskie.

Commonwealth of Nations

Jednakże monarchia brytyjska ma jeden zasadniczy atut jakiego żadna republika mieć nie będzie – jest sama w sobie instytucją międzynarodową. Elżbieta II jest monarchą w 16 krajach, które tym samym tworzą polityczną wspólnotę. Wszystkie te kraja wchodzą w skład Wspólnoty Narodów (Commonwealth of Nations) – spadku po brytyjskim imperium.

7384454860_7212efaf24_h

Organizacja ta powstała już w latach 30. gdy imperium powoli zaczęło się rozpadać. Z czasem gdy poszczególne kolonie uzyskiwały niepodległość, pozostawały monarchiami lub, jeśli nie, to poprzez Wspólnotę zachowywały łączność z dawną metropolią. Z dużych, byłych kolonii, które nie włączyły się do Wspólnoty wymienić można Birmę oraz kraje arabskie (Egipt oraz Sudan). Tak czy inaczej Wspólnota Narodów liczy obecnie 53 kraje – w Europie tylko Brytanię i Maltę, ale w jej skład wchodzą Kanada, Australia, Nowa Zelandia, Malezja, Singapur, Indie, Pakistan itd. (dwa kraje: Mozambik i Rwanda, które przyłączyły się do Wspólnoty, w przeszłości nie były posiadłościami Korony Brytyjskiej).

2,2 mld ludzi. Głową wspólnoty jest Elżbieta II (i każdorazowo monarcha brytyjski), pracami wspólnoty przewodzi Sekretarz Generalny (obecnie Kamalesh Sharma), odbywają się posiedzenia szefów rządów oraz poszczególnych ministrów, powołuje się tez gremia specjalne (Eminent Persons Group), do zbadania specjalnych przypadków naruszenia zasad obowiązujących we Wspólnocie. Efektem bywa zawieszenie członków. Obecnie od od 2012 poza Wspólnota znajduje się Zimbabwe.

Elżbietę II we wszystkich jej królestwach (poza Brytanią) reprezentują Generalni Gubernatorzy – zastępujący ją w sprawowaniu urzędu. Królowa jako monarchini innych państw jest całkowicie niezależna od rządu w Londynie – co nie zawsze jej służyło, np. gdy w 1987 r. na Fidżi doszło do zamachu stanu i obalono monarchię (czyli ją) nie mogła użyć żądnej siły by przywrócić swoje panowanie. Generalni Gubernatorzy zazwyczaj nie odgrywają czynnej roli w polityce, lecz mogą mieć na nią od czasu do czasu wpływ – jak w 2011 r. gdy w Papui – Nowej Gwinei to Generalny Gubernator, Michael Ogio, rozstrzygnął kryzys konstytucyjny w tym kraju.

Anglosfera

Jednakże w politologii występuje jeszcze jedno pojęcia, znacznie ważniejsze niż samo Commonwealth – mianowicie Anglosfera, oznaczająca kraje z dominacją języka angielskiego, wspólną kultura anglosaską i o brytyjskich korzeniach. Gdy nałożyć Wspólnotę na Anglosferę (której granicę są płynne) to wiele państw pokrywa się, lecz występuje też znaczna różnica – częścią Anglosfery są Stany Zjednoczone, które nie należą do Wspólnoty Narodów. Mówiąc o (ścisłej) Anglosferze ma się więc namyśli przede wszystkim: USA, Wielką Brytanię, Kanadę, Australię i Nową Zelandię. Czasami dokłada się do tego Indie, Singapur, Malezję i państwa południowej Afryki.

Anglosfera to przede wszystkim wspólnota kulturowa, ekonomiczna i językowa. Oraz nie mniej ważna wspólnota wartości wyrosła na tożsamej dla tych krajów tradycji liberalnego parlamentaryzmu, z poszanowaniem wolności i własności jednostki oraz religii protestanckiej. I spośród innych tego typu sfer: francuskiej, hiszpańskiej czy chińskiej (Chiny, Tajwan, Makau, Hong Kong) najbardziej spójna i ciągle współpracująca. Nie bez znaczenia jest to, że wciąż wszystkie te kraje są zamieszkałe przez potomków Brytyjczyków, lub zasymilowanych Europejczyków.

anglosphere(1)

Jak wykazują Joel Kotkin oraz Shashi Parulekur, Anglosfera to prawdziwa potęga gospodarcza – utrzymująca ze sobą ścisłe związki ekonomiczne. Łączne PKB na mieszkańca w Anglosferze sięga 45 tys. dolarów, co jest pięciokrotnością PKB na mieszkańca w Sinosferze oraz trzynastokrotnością w PKP w India (autorzy Indii nie włączają do Anglosfery). Anglosfera wytwarza 26.1% światowego PKB. Wielką siłą tej sfery jest dominacja języka angielskiego (przy równoczesnym zaniku używania w byłych koloniach francuskich języka Racina na rzecz języka Szekspira) oraz niebagatelną kulturową, także w wymiarze dominacji takich ośrodków jak Hollywood czy przemysł muzyczny.

Oczywistym jest więc, że pojawiają się idee przekształcenia tej siły ekonomiczo-kulturowej w realną siłę polityczną. I tutaj jak zauważa Samuel Gregg z Acton Institute wszystko zależy od postawy przywódców politycznych i elit tych krajów. Do dziś zresztą elity tych krajów zachowują daleko idącą integrację; wielu, nawet zwykłych obywateli, przemieszcza się w ciągu swojego życia po jej obszarach. Przywódcy Australii kończą Oxford lub Harvard; były (od kilku dni) premier Australii, Tony Abbott urodził się w Zjednoczonym Królestwie.

Kraje Anglosaskie na rozdrożu

Pierwszym problemem przed jakim stoją plany wzmocnienia Anglosfery jest oczywiście geografia. Kraje ścisłej Anglosfery leżą na trzech kontynentach, a jeśli dodać do niej Indie oraz Republikę Południowej Afryki, czy Gujanę to na wszystkich zamieszkałych. Wielka Brytania w latach 70. zdecydowała się na powiązanie swojej przyszłości z Europą i Europejską Wspólnotą Gospodarczą, obawiając się, że pozostania poza wspólnym rynkiem. Australia i Nowa Zelandia są coraz ściślej powiązane z wzrastającą gospodarczo Azją (mówi się już o XXI w. jako wieku Azji).

Powstają nowe gospodarcze porozumienia: Partnerstwo Trans-Pacyficzne (które jest w fazie realizacji) lub też konkurencyjne dla niego (bez krajów amerykańskich), rozszerzone porozumienie w ramach ASEAN-u, Regional Comprehensive Economic Partnership (propozycja z 2012 r.) – mające łączyć Chiny, Japonię, Indie, Australię oraz Nową Zelandię, na zasadzie sieci (gdy TPP ma posiadać centralne ograny, do czego dąży Waszyngton, widząc prawdopodobnie w partnerstwie również narzędzie kontroli rynków azjatyckich). Ekonomia, jak wyrokują krytycy przywiązania do Anglosfery w Londynie, Canberze czy Wellington, ma kierować kraje anglosaskie w inną stronę: do Europy lub Azji.

Konserwatywna utopia?

Druga sprawa: na spór co do polityki zagranicznej, nakłada się spór wewnętrzny. Utrzymania politycznych więzi w obrębie dawnego Imperium oczekują przeważnie konserwatyści. Lewica jest przeciwna. Dla niej wspólnota ta, w najlepszym przypadku, to tylko zabytek przeszłości, w najgorszym: spadek po kolonializmie, więżący te kraje w nierealnej, utopijnej wizji. Carl Ungerer, z Australijskiej Partii Pracy, oceniając politykę Tonego Abbotta, wprost pisze, że Australia musi porzucić Anglosferę i skierować swoją uwagę na Azję – nie tylko ekonomicznie, ale też dla realizacji planów politycznych oraz strategii bezpieczeństwa.

Konserwatyści przeciwnie widzą w niej potencjał, możliwość przerobienia jej z luźnej wspólnoty w realną siłę – zaczątki zresztą już istnieją, jak choćby szeroka współpraca pomiędzy pięcioma krajami w wymiarze wywiadowczym, tzw. Five Eyes. Brytyjscy konserwatyści proponują by po wyjściu z Unii Europejskiej, tworzyć własną, na bazie byłych kolonii. Ta koncepcja jest wzmacniana narracją o silnej cywilizacyjnej tożsamości krajów opartych o ideę wolnego handlu i rządów prawa, skonfliktowanych z tymi jak Unia/Chiny/Rosja/Świat Islamu, wyróżniającymi się autorytaryzmem i biurokracją. 

 Anglosfera ma być klubem krajów o wspólnej wizji świata, lecz również grupą państw wspierających się wzajemnie, wzmacniających rolę poszczególnych państw w ich środowisku geopolitycznym. Tym samym wzajemnie warunkując swoją siłę polityczną. Z perspektywy USA kraje takie jak Brytania czy Australia postrzegane są jako strategiczni partnerzy, pomagający im realizować globalną politykę, wiceszeryfowie oddelegowani do poszczególnych regionów.

Lewica proponuje wspólnoty geograficzne w świecie, gdzie tworzą się równie silne i może ważniejsze globalne – jak choćby BRICS. Anglosferę odrodzili Ronald Reagan i Margaret Thatcher. Jej zwolennikami są konserwatywni politycy: Stephen Harper (premier Kanady), John Key (premier Nowej Zelandii), David Cameron (szef Zjednoczonego Królestwa). Zwolennikiem utrzymania więzi w jej obrębie był też wspomniany Tony Abbott, lecz Partia Liberalna uznała, że jego polityka może jej przynieść więcej szkody niż pożytku – nowy premier z tej partii, Malcolm Turnbull, uważany zresztą za progresistę, zapowiedział już skierowanie się w stronę Azji, podkreśl on ponad to odmienność interesów USA i Związku Australijskiego.

Rola w politycznej grze

Anglosfera jest więc wspólnotą dość migotliwą, dla konserwatystów to wielka szansa budowy światowej potęgi, opartej nie tylko na ekonomi, historii oraz aksjologii. Wymaga ona jednak do istnienia znaczniejszego wysiłku, utrzymywania przyjaźni i interesów z dalekimi stolicami. Alternatywa, jaką jest integracja w ramach wspólnot kontynentalnych, zdaje się być i łatwiejsza, i korzystniejsza. A kwestię różnić kulturowych można w zgrabny sposób ominąć.

To co jednak może wręcz zmusić przywódców Australii czy Wielkiej Brytanii do poszukiwania zaplecza w sobie nawzajem jest fundamentalna zmiana klimatu politycznego. Projekty geograficznych wspólnot mają zasadnicze ograniczenie – starają się one łączyć państwa o często sprzecznych interesach, między którymi istnieje jawna lub ukryta rywalizacja. Dominacja Niemiec w Europie, może budzić w Londynie ważkie pytanie z „czym mamy się integrować”, brytyjski projekt zbudowania w Europie pokojowej wspólnoty jest obecnie poddawany ciężkiej próbie.

W przypadku Australii i Nowej Zelandii utrata wsparcia ze strony Zjednoczonego Królestwa i USA może być bardzo kosztowna. Czy kraje te nie są dla innych azjatyckich partnerów, jak Japonia, atrakcyjne właśnie z uwagi na anglosaską sieć? Daleki Wschód ani pod względem atmosfery polityczne, ani gdy chodzi o kwestie wspólnoty kulturowej (ważnej gdy mamy wypracowywać normy współpracy), nie jest obszarem pokojowego współistnienia. Jeśli ambicją Brytanii czy Australii nie jest być tylko i wyłącznie częścią coraz bardziej enigmatycznych i rozbudowywanych porozumień, ale graczami kluczowymi, ustalającymi reguły, to tylko poprzez siebie nawzajem – na zasadzie wymiany siły i wpływów politycznych. I tu ponownie pojawia się królowa i jej następcy, którzy może nagle okażą się być figurami bardziej politycznymi niż zwykło się ich za takie uważać.

Źródła

Is it time for Prince Charles to become king? „UK News” [dostęp 17.09.2015]

Canada and The Commonwealth of Nations beneficiary relationship or colonnial obligation? „Thee Westener” [dostęp 17.09.2015]

Andrew Cadman, Let’s quit the EU and join a new club, „Conservative Woman” [dostęp 17.09.2015]

Joel Kotkin, Shashi Parulekar, State of the Anglosphere, „City Journal” [dostęp 17.09.2015]

Sammuel Gregg, The Anglosphere: a viable global actor or simply a culture? „Online Libraty Law and Liberty” [dostęp 17.09.2015]

Źródła zdjęć

Library and Archives of Canada, The British Commonwealth of Nations

Library and Archives of Canada, Elisabeth II

Nicalas Raymond, Commonwealth Flag

New Statesman, Anglosphere 

Share Button

Powiązane wiadomości

Napisz odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola oznaczone są za pomocą *



© 2014 Centrum Schumpetera. WSZYSTKIE PRAWA ZASTRZEŻONE.