Chiny i Iran: fałszywy przyjaciel mojego wroga jest moim drogim wspólnikiem

Jeśli chce się mieć przyjaciela, trzeba też chcieć prowadzić o niego wojnę, aby zaś prowadzić wojnę, trzeba umieć być wrogiem. To cytat z klasyki Nietzschego, z traktatu Tako rzecze Zaratustra. To też zgrabny abstrakt tego jak zawiłe są relacje między nowoczesnym, kapitalistycznym komunizmem a persko-szyicką technokracją.

Ideologię wyprowadzić teraz, czas dla pieniędzy

Prezydent Obama nazwał porozumienie z Iranem oknem, szansą („a unique opportunity, a window, to try to resolve important issues”). Umowa ta ma rozluźnić impas na Bliskim Wschodzie. Ma przesunąć zaangażowanie skierowane wcześniej ku Irańczykom na permanentny kryzys w Syrii i mutujące się, coraz bardziej zdegenerowane formy islamskiego terroryzmu.  Tak wydaje się sądzić Obama.

Nicholas Burns dodaje do tego potencjalny zwrot w historii Bliskiego Wschodu (a potential turning point in the modern history of the Middle East). To prawda. Nic już nie będzie takie jak wcześniej. Kierunek dyplomacji wobec Iranu zmienia się na dniach. Europejscy decydenci dla lukratywnych kontraktów przywdziali świętoszkowate szaty, nie tylko zresztą na siebie, kiedy w ostatnim tygodniu Rouhani odwiedził oficjalnie Włochy i Francję.

Gdzie dwóch się bije, trzeci korzysta

Tego nie musiał robić przywódca Chin. Xi Jinping nie jest w końcu związany konwenansami demokracji. I on, i Rouhani od razu mogli przejść do zagadnień biznesowych.

W styczniu obaj przywódcy spotkali się w Teheranie. Popisali podczas tej wizyty pakt o współpracy ekonomicznej, politycznej i militarnej. Porozumienie zawiera zgodę na wydobycie ropy, współpracę przy projektach związanych z energią atomową, i co najistotniejsze projekt budowy rozległej infrastruktury, który ma zbliżyć Chiny do Morza Śródziemnego. Rouhani ma nadzieję, że owa współpraca w następnej dekadzie przyniesie zyski około 600 mld dolarów.

Ta nagła i niespodziewana wizyta chińskiego przywódcy w Teheranie ma jeden zasadniczy cel. Ma zapewnić dostęp chińskiemu rynkowi do nowych, dużych źródeł energii. To w znacznej mierze dzięki zabiegom Chińczyków, zniesie sankcji dla Irańczyków powiodło się tak niespodziewanie szybko. Tak silne zaangażowanie było dla nich intratne, a Iran nie tracił dużo godząc się na wstrzymanie programu atomowego.

Iran był partnerem Chin przez lata. Państwo Środka od 2009 roku stało się dla Persów największym partnerem handlowym. Przez okres najbardziej restrykcyjnych sankcji nałożonych na Iran, Chińczycy kupując ich ropę i prowadząc biznes bez oglądania się na świat Zachodu, pozwoliły irańskiej gospodarce na pewien oddech. Inwestowali oni w drogi, fabryki i inną infrastrukturę, która z braku modernizacji była i jest w kiepskim stanie. Oba kraje znalazły też wspólny grunt dla krytyki interwencji USA w Afganistanie i Iraku.

To także zasługa Chin, że perski program atomowy wystartował w 1980 roku, kiedy z pomocą Azjatów Persom udało się wybudować w Isfahanie fabrykę wzbogacania uranu. Styczniowy protokół podpisany przez obu przywódców tylko potwierdził, że sojusz militarny między państwami istniał od dawna. Choć nie był eksponowany przez żadną ze stron.

Najważniejszą rzeczą, pomijać współpracę na polu techniki i nauki jest to, że Iran może przystąpić teraz bez problemu do Szanghajskiej Organizacji Współpracy. Chce ona dublować NATO, zatem chętnie udzielają się tam jako członkowie Rosja i inne kraje Azji Centralnej, które USA postrzegają jako wroga. Trochę tak jakby zimna wojna była nie faktem historycznym, ale punktem wyjścia do decyzji polityczno-wojskowych.

Kombinacja zysków ze sprzedaży ropy, dostępu do wysokiej jakości techniki oraz wiedza, że USA są przychylne wyjściu Iranu z izolacji może być niebezpieczna w dłuższej perspektywie. Jeśli Persowie poczują się na tyle pewnie by zignorować po raz kolejny światowy porządek i wcześniejsze ustalenie zaczną na nowo trząść iracką czy libańską polityką przez swoje marionetki tam obecne. I będą to robić skuteczniej niż do tej pory.

Sześć miesięcy od sygnowania wiedeńskiej umowy widzimy już tego efekty. Iran zwiększa swoją działalność wojskową w regionie, w stopniu do tej pory dla siebie niedostępnym. Koordynacja przez Strażników Rewolucji działań przeciw rebeliantom pomaga syryjskiemu rządowi wzmocnić władzę, i krok po kroku odzyskać strategiczne dla alawitów miejsca jak: Aleppo czy Latakia. Walczą oni też ramię w ramię z irackim wojskiem przeciw ISIS.

Obserwatorzy mieli nadzieję, że nuklearny deal utemperuje agresję Iranu w regionie, ale to były płonne nadzieje. Rouhani miał być nadzieją dla liberałów, perską odmianą, odpowiedzią na arabską wiosnę. Jest jednak jak jego poprzednicy jastrzębiem, który chce wpierać szyitów w regionie, ponieważ wierzy, że oni mają szczególną misję do spełnienia.

Stara nienawiść nie rdzewieje

W tym samym czasie Iran testuje też cierpliwość świata eskalując swój odwieczny konflikt z Saudami. Podobnie sprawa ma się z Izraelem. Persowie testują nowe rakiety balistyczne, które są w stanie osiągnąć cele w państwie żydowskim. Oba te zabiegi są po to by pokazać światu, że Iran nie jest marionetką w rękach większych graczy, a samodzielnym rozgrywającym z ukształtowaną i klarowną  wizją swojej polityki.

Strażnicy Rewolucji i ich mocodawcy przygotowują cały czas pokazówki. W przeciągu ostatnich kilku tygodni miały miejsce dwie: szturm na saudyjską ambasadę w Teheranie oraz aresztowanie Amerykańskich żołnierzy, którzy wpłynęli, niefortunnie, na irańskie wody terytorialne.

Komandor Gwardii Rewolucyjnej Ahmad Dolabi komentując to wydarzenie nie omieszkał podkreślić, że reakcja amerykańskich marynarzy na zatrzymanie to mieszanka słabości, tchórzostwa i strachu typowa dla jankesów. W konfrontacji ze Strażnikami pokazali oni wyjątkową słabość swojej wiary i przekonań.

Chiny w butach Ameryki 

Jest jednak pewna nadzieja w tym, że Chiny będą w stanie złagodzić działania Iranu. Po pierwsze, zależą od perskiej ropy. Po drugie, każdy niepokój w regionie jest im nie na rękę. Mogą też dużo mniej agresywnie niż Zachód oddziaływać na kraje Bliskiego Wschodu. Mają z wieloma z nich silne relacje. Nie są też postrzegane przez negatywną kliszę najeźdźcy, kolonizatora czy imperialnych ambicji. W przeciwieństwie do USA nie funkcjonują w pamięci Arabów przez pryzmat nieodległych wojen i podbojów. Nie zależy im także na prymatach demokracji, więc swobodnie współpracują z innymi reżimami nie oglądając się na imperatywy moralne czy prawa człowieka.

Prezydent Xi dba też o relacje z Arabią Saudyjską. Przed wizytą w Teheranie odwiedził Rijad, gdzie rozmawiał z królem Salmanem o pokojowym rozwiązaniu konfliktu w Syrii i Jemenie. Otworzył też nową rafinerię jako symbol współpracy i zaufania dla Saudów. Tak to wyglądało w oficjalnym przekazie PR-owym.

Chiny starają się bardzo mieć zbalansowane stosunki z oboma lokalnymi hegemonami. Jednak chiński yuan karmi bardziej odradzające się wpływy Persów nie Arabów z wahabickiego królestwa.

Obawiają się oni ciągle działalności charytatywnej Saudyjczyków, z której ci słyną. Nakłada się na to bezpośrednio problem z działalnością separatystyczną Ujgurów. Tych jako braci w wierze, też muzułmanów obrządku sunnickiego dynastia Saudów hojnie wspiera. To decydentom w Pekinie bardzo nie w smak. Oficjalna linia partii stawia Ujgurów w jednym rzędzie z terrorystami islamskimi. A każda próba uzyskania autonomii jest traktowana jako próba naruszenia porządku państwa.

Strach przed chińskimi Hanami ukłonem w stronę USA

Saudyjski Minister Spraw Zagranicznych Adel al-Jubeir ostrzegł w styczniu, w rozmowie z Reutersem, że zmniejszenie fizycznej obecności Amerykanów w Zatoce spowoduje pustkę. Konsekwencją tej będzie otwarte pole do konfrontacji między nimi a Iranem, który chce „eksportu” zdobyczy islamskiej rewolucji ’79 na dalsze tereny. To już się przecież od dłuższego czasu dzieje,  w Libanie, Iraku czy Syrii.

Dodatkowo Chiny są raczej zainteresowane rozgrywką wojenną. Myśl przewodnia ich polityki opiera się na poszerzaniu wpływów przez biznes, nie przez wojnę. Chińczycy chcą uczynić z Irańczyków pełnoprawnego członka rozgrywki ekonomicznej, nie koalicjanta w walce.

Miejmy nadzieję, że perscy generałowie wybiorą dlatego zapach pieniędzy nad odór krwi. Ostatecznie w 1980 przelali jej już dostatecznie dużo.

Prezydent China z wizytą w Rijadzie.

Źródła: Newsweek, Reuters, The Washington Post.

Zdjęcia: Yahoo News.

Share Button

Powiązane wiadomości

Napisz odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola oznaczone są za pomocą *



© 2014 Centrum Schumpetera. WSZYSTKIE PRAWA ZASTRZEŻONE.