Ayn Rand: Róża Luxemburg kapitalizmu

 – Francisco, jaki człowiek jest najbardziej zdemoralizowany?

– Ten, który nie ma celu.  

(Cyt. za: Źródło A. Rand.)

CV: nie być jak żydowski szlemiel, zdobyć umysły Wall Street

Szlemiel to archetyp strasznego pechowca, który przewija się przez żydowską literaturę. To człowiek, który nie radzi sobie z otaczającą go rzeczywistością, która jest nie tylko niesprzyjająca, ale też stawia jednostkę przed faktem dokonanym nie pozostawiając jej wyboru. To ktoś taki, kim nie chciała być mała Ayn Rand albo nawet więcej, ona nie mogła stać się kimś takim.

Ikona amerykańskiego indywidualizmu i wielka apologetka kapitalizmu, nie jest jednak córką amerykańskiej ziemi ani krwi. Urodziła się w Petersburgu w 1905 roku, czyli ani miejsce, ani czas nie były za bardzo sprzyjające, nikomu i niczemu. Właśnie carat stłumił demonstracje robotników, zginęło ponad tysiąc osób, gniew społeczny był coraz większy. Przyszłość rysowała się niepewnie i mało optymistycznie. Szczególnie, kiedy nie jest się dzieckiem prominentów aktualnej władzy.

Jej rodzice byli drobnymi mieszczanami o żydowskim pochodzeniu, ojciec prowadził aptekę znacjonalizowaną na fali bolszewickiego uniesienia. Ayn jako obserwatorka i jednocześnie ofiara rewolucji 1917 chciała jak najszybciej opuścić Rosję. Zanim tak jednak się stanie, ukończy studia na uniwersytecie w Piotrogradzie (dziś Petersburg). Wybierze jako wiodące przedmioty historię i filozofię. Zacznie też poważnie zastanawiać się o zostaniu w przyszłości człowiekiem pióra.

Sposobność do realizacji tego pomysłu pojawi się dla Ayn, kiedy kończy uniwersytet. Otrzyma pozycję wyjazdu do rodziny w Ameryce, którą państwo Rosenbaum (to jej nazwisko rodowe przed zmianą) tam mają. W 1925 Alissa Zinowjewna Rosenbaum po raz ostatni widzi rodzinne miasto i wyjeżdża do Nowego Jorku. Na własne oczy chce zobaczyć to, o czym pokątnie i skrycie marzy tak wielu Rosjan, a szczególnie tamtejszych Żydów tłamszonych przez biedę i terror komunistów. Jedzie sprawdzić czym jest i czy naprawdę istnieje american dream, zanim machina Hollywood wypromuje ten slogan. Dzieje się to w chwili, w której tryby stacji przerzutowej  dla świeżych emigrantów Ellis Island zaczną dramatycznie zwalniać (przez gorszą kondycję amerykańskiej gospodarki), aby na nowo otworzyć swoje podwoje dopiero po I wojnie światowej.

Ayn bez sentymentu rozstaje się z Rosją. W bagażu wspomnień wywiezie niechęć to wszystkich form kolektywnego przymusu, terroru który udaje troskę o dobro maluczkich oraz teoretyczną, lecz niezachwianą wiarę w wolność jednostki. Będzie to dla niej jednocześnie ostrzeżenie i drogowskaz, by bronić własnych poglądów i wyborów.

Hollywood hartuje charakter raz i na zawsze 

Ayn Rand swojej kariery kontrowersyjnej intelektualistki nie zacznie od razu. Tak jak gro nowych imigrantów ze starego świata, przed skokiem na głęboką wodę, musi najpierw przygotować sobie grunt pod nogami.

Pod przyjeździe do USA przez krótki czas mieszka w Nowym Jorku, który nie jest dla niej zbyt łaskawy. Stolica świata lat 20. ubiegłego wieku jest w mikroskali serialem Mad Men. Nie akceptuje tak łatwo świeżej krwi jak obecnie. Nowych, głodnych wiedzy i rozwoju intelektualnego przybyszów miasto szybko sprowadza na ziemię. Zaletą Ayn nie jest jej żydowsko-rosyjskie pochodzenie. Komunizmem śmierdzi nawet od tych, którzy go nienawidzą z głębi serca, kiedy w pamięci mają pogromową atmosferę bolszewickiej tolerancji. Rand przenosi się szybko do Chicago. Jest to najbardziej gangsterskie miasto Ameryki lat 20. Prohibicja, przemoc, rodzinne mafie są przekleństwem i zmorą rzeczywistości. Ayn zostaje tam tylko chwilę (pół roku), potem zdecyduje się na kolejną przeprowadzką. Jedno z najbardziej robotniczych miast USA, to nie miejsce dla Żydówki-emigrantki, która aspiruje do bycia intelektualistką wyznaczającą trendy epoki, a nie im się podporządkowującej.

Następnym przystankiem dla Rand jest Hollywood. To tam pozna aktora Franka O’Connora, za którego wychodzi za mąż. Będą małżeństwem przez całe życie. Początkowo para będzie zmagać się z problemami finansowymi. Ayn musi chwytać się dorywczych prac. Jej pisanie zejdzie w tym okresie na drugi plan, bardziej jako dodatek do trudnej rzeczywistości, niż praca zawodowa przynosząca dochód.

Ayn była jednak bardzo konsekwentna w swojej strategii. To że, jej pierwsze książki i scenariusze przechodziły bez echa przez biura wydawnictw i gabinety Hollywood, nie zraziło jej do dalszej pracy pisarskiej. I to się opłaciło. Dodatek jakim było pisanie, z biegiem lat, stanie się pełnoetatową pracą, polem intelektualnej walki oraz sukcesów, ponieważ dla Amerykanów książki Rand są ciągle znaczące. Dla nas Europejczyków niekoniecznie, ale też zaplecze intelektualne i polityczne starego kontynentu odwołuje się do innych pryncypiów. Dla Amerykanów, narodu, który nie niesie na sztandarach wspólnoty krwi i ziemi to indywidualny sukces poparty empirycznymi dowodami jest wzorem do naśladowania. Dlatego nawet teraz, po trzęsieniu ziemi w kapitalistycznej Mekce na Wall Street, ruchy interwencjonizmu państwowego i politycy sprzyjający lewicy w stylu Berniego Sandersa, to istotne zjawisko na amerykańskiej scenie politycznej, ale raczej nie takie, które zjednoczy większość Amerykanów na stałe.

Emocje rozpędzonego pociągu. Kapitalizm jako kategoria boska

Ile waży Biblia albo ile znaczy dla przeciętnego Amerykanina? Ciągle sporo. To pierwsza najchętniej czytana (deklarowana?) pozycja literacka USA. Evergreen i bestseller w jednym, który koi i zaspokaja potrzeby duchowe od czasów ojców założycieli.

To ile ważyć i znaczyć może kapitalistyczny manifest wszechczasów,  i co nim jest? Akademicki podręcznik ekonomi? Poradnik geniusza z miliardem na koncie albo i kilkoma? Nie, nic z tych rzeczy.

Serce i dusza kapitalizmu w druku to dzieło żydowskiej emigrantki z Rosji. Właśnie Ayn Rand. Książka ta to Atlas zbuntowany. Według Biblioteki Kongresu Stanów Zjednoczonych to druga najchętniej czytana po Biblii pozycja w Ameryce. Dzieło nie byle jakie, gdyż to aż 1200 stron drobnego druku, a zarazem ostatnia fabularyzowana wykładania poglądów Rand. Zanim jednak przyjrzymy się temu opus magnum, zerknijmy na chwilkę do poprzednich publikacji autorki.

Przed Atlasem zbuntowanym wydała Hymn, trochę ideologicznie nachalny pean na cześć „ja”, które nawet tłamszone przez ideologicznie wpierane „my”, musi ostatecznie zwyciężyć. Idea obrony indywidualizmu podmiotu nad bezmyślną masą, oczywiście, jest jak najbardziej warta pochwały. Krytycy tego dzieła zwracają uwagę na pewną doktrynerskość formy, która może odebrać przyjemność lektury.

Pomysł na Hymn jest podobny do książki 1984 Orwella, tylko napisanym prawie 10 lat wcześniej. Rand podobnie jak Orwell, mająca osobiste doświadczenia z ideą kolektywną w praktyce (on walczył po stronie republikańskiej w Hiszpanii, ona mieszkała w bolszewickiej Rosji), chce przekonać czytelnika, że system i rząd, który jako cel polityki stawia zbiorowość nad pojedynczego człowieka, w dalszej perspektywie musi prowadzić do zbrodni. Rand wydaje się pisać, mając z tyłu głowy szydercze powiedzonko Stalina „Pojedyncza śmierć to tragedia, ale milion to już statystyka”. Rozwiązanie jest jedno, to liberalna demokracja w systemie kapitalistycznym, z jej wolnościami, mitami, obietnicami i sukcesami. Bo jak sama pisze:

Moje szczęście nie jest środkiem do żadnego celu. Ono samo w sobie jest celem. Samo w sobie jest zamierzeniem. Nie jestem też narzędziem do użytku innych. Nie jestem służącym ich potrzeb. Nie jestem bandażem na ich rany. Nie jestem ofiarą na ich ołtarzach. Jestem człowiekiem. Cud mego istnienia jest moim, aby go posiadać i trzymać, moim, aby go pilnować, moim, aby go używać, moim, aby przed nim klęczeć! Nie oddam moich skarbów ani ich nie rozdzielę. Fortuna mojego ducha nie będzie rozmieniona na monety z mosiądzu i rzucona na wiatr jak jałmużna dla ubogich duchem. Co zatem, jeśli nie demokracja wspomagana przez wolny rynek, może pomóc realizować takie pragnienia? Przecież nie dogmatyczny komunizm i własność państwowa.

Po Hymnie przyszedł dla Rand czas na sukces komercyjny. 6,5 miliona sprzedanych egzemplarzy Źródła. Ta książka z kolei, to prócz, całkiem dobrego i objętościowego czytadła (800 stron), wyznanie wiary w indywidualizm, marzenia, własną drogę, słuszność podszeptów sumienia czy wewnętrznego ja, wszystko zależy od czytelnika, i tego jak zinterpretuje główne przesłanie. Czyli jest to, notabene, kolejne wyznanie wiary w american dream i każdego self-mad mana, który na przekór wszystkim i wszystkiemu poszedł pod prąd, i dzięki temu osiągnął sukces finansowy i prywatny, a przy okazji przysłużył się też ludzkości. Brzmi to mnie więcej tak:

Nauczono ludzi, że największą cnotą nie jest zdobywać, lecz dawać. Nie można jednak dać coś, czego przedtem nie stworzono. Tworzenie poprzedza rozdawanie – inaczej nie byłoby co rozdawać. Potrzeba twórcy poprzedza potrzebę każdego potencjalnego beneficjenta. A jednak uczą nas podziwiać powielacza rozdającego dobra, których nie wyprodukował i stawiać go ponad człowiekiem, który ich przysporzył. Sławimy dobroczynność. Wzruszamy ramionami w obliczu osiągnięć. 

Praca zawsze przed przyjemnościami, nagroda jako zasłużone uzupełnienie tejże, nigdy na odwrót. Takie jest stanowisko Rand.

I tą drogą wracamy do Atlasu zbuntowanego. Żeby nie był niespodzianek i tradycji stało się zadość, Rand kontuje promocję przesłania z poprzednich utworów, kapitalizm tak jak demokracja, to najlepszy systemów stworzonych przez ludzki rozum, nie ma alternatywy, nikt nie zdołał wymyślić atrakcyjniejszego zamiennika, nawet kiedy jakieś elementy tego systemu szwankują.

Sama fabuła książki to wizja socjalistycznej utopii, która degraduje indywidualistów, premiuje przeciętność, równa w ten sposób wszystkich w dół, zatem nie dając możliwości rozwoju jednostce, tworzy patologiczny system zależności od łaskawej władzy i jej kaprysów. „(…) niekompetentni mogą przejąć fabryki, ignoranci mogą przejąć uniwersytety, troglodyci (…) laboratoria badawcze, a w społeczeństwie zapanuje siła zachcianek i pięści”.

Akt pisania jest niczym, propagowanie efektów wszystkim

Powyższa trylogia  to oczywiście nie całość jej książkowych publikacji, ale najistotniejsze dzieła tworzone jako zaangażowana literatura z jasnym przesłaniem ideologicznym. W późniejszych latach, nie pisze już w kategoriach fiction, ale tworzy eseje i publicystykę ekonomiczną, wszystko jak wcześniej, z podobnym przesłaniem, tyle tylko, że bez potrzeby nakładania fabuły literackiej na treść.

Zdobywa w tym czasie grono wyznawców, tak dla poprzednich publikacji, jak również dla nowych tekstów. Jej filozofia i sposób analizy rzeczywistości zyskują powoli miano „obiektywizmu” (krytycy będą mówić o „randyzmie” zarzucając autorce brak tzw. „wchodzenie przez już otwarte drzwi”, jakoby miała powielać na nowo, to co i tak już wszyscy wiedzą).

By oddać dokładnie, to co leży na sercu Rand i przybliżyć jej myśli bez etykietowania, i szafowania efektownymi oskarżeniami, trzeba je po prostu przeanalizować. Kamieniem węgielnym jej filozofii jest odrzucenie takich elementów rzeczywistości (postrzegania) jak mistycyzm. Chodzi o ten rodzaju fatalizmu, który sprawia, że ludzie zbyt często się poddają, ponieważ wydaje im się, że jest jakiś wyższy plan dla nich, a to co się dzieje nie po myśli, to właśnie jego realizacja w praktyce. Dla Ayn tak praktyka jest obca, to absurd, neguje go zatem. Podporą tego myślenia jest całkowita antyreligijność autorki, pisze: The koncept of God is degrading to a man, trzyma się tego do końca.

Ale też jej wiara w system kapitalistyczny nie ma np. nic wspólnego z czymś takim jak obecna moda na couchów, jej zaangażowanie jest szczere, a jeśli wydaje napastliwe, to jednak nie niesie ze sobą wyrachowanego koniunkturalizmu ot, tym się zajmę, tu są pieniądze. Ona poświeci  się temu, co może kształtować świat, a przy tym ma istotną wartość dla niej samej.

Schody i kontrowersje w intelektualnym dorobku Rand, które taka naprawdę nigdy nie dadzą jej prawdziwego miejsca w mainstreamie, zaczynają się gdzie indziej. Jest takie magiczne słowo, ważne dla wielu ludzi: ALTRUIZM. Śledząc drogę rozwoju Ayn, pojęcie to jest nie tylko negatywnie nacechowane, ale prawie wyprane dla niej ze znaczenia.

To egoizm brzmi dumnie, a nawet więcej, to on tak naprawdę leży w ludzkiej naturze i jest naszą główną cechą, środkiem do realizacji pragnień, a w skali mikro pozwala przeżyć i przetrwać. Bez niego nie ma postępu, jest marazm i zastój. Taki jest sposób argumentowania, kiedy zaczynamy się  zagłębiać w te pisma. Przeciwnicy zobaczą w tym społeczny darwinizm Herberta Spencera, nie oglądający się na nikogo i na nic. Oczywiście, nie można zapomnieć, że kiedy Rand pisała swoje najbardziej (dziś) kontrowersyjne opinie, to w USA nic nie zapowiadało kolejnej powtórki z 1929. Przeciwnie, z powodu strat II wojny światowej, gospodarka była chłonna wszystkiego jak nigdy przedtem, a kapitalizm był naprawdę dobry. „Greed is good” nie degradowała maluczkich, pieniądze był bardziej rozproszone, a ten kto chciał i potrafił mógł rzeczywiście przejść z jednej klasy do drugiej, może nie był to ruch masowy, ale był bardziej możliwy niż na początku XXI wieku.

Ale by pokazać na przykładzie, że te teorie mogą lekko trącić myszką warto zobaczyć ich najbardziej realne efekty z XXI wieku. W Nowym Jorku deweloperzy potrafią np. budować dwa osobne wejścia do budynku, jedno dla bogatej klienteli, a drugie dla tej uboższej. Innymi słowy, myślenie Rand było uboższe o tę prawdą, na którą zwrócił uwagę dwa lata temu Nick Hanauer w swoim tekście dla Politico (przedrukowanym też w Polsce) pt.: The Pitchforks Are Coming… For Us Plutocrats. Brak należytej uwagi poświęconej biednym i niezaradnym budzi u nich gniew i frustrację, a drugorzędny jest fakt, czy to lata 50 ubiegłego wieku czy początek obecnego. Rand wydaje się nie pamiętać (ignorować?) własne doświadczenia życiowe, sama była przecież świadkiem zrywu bolszewików w 1917, kiedy komuniści w przebraniu wyzwolicieli obiecali biednym dobrobyt i rekompensatę za chude lata poniewierki i głodu.

Oczywiście, kapitalizm ma na swoim koncie rzeczywiste i liczne sukcesy, ale byłoby lepiej, kiedy byłby bardziej inkluzywny, a nieekskluzywny tj. premiujący obywateli nie na zasadzie rozdawnictwa, raczej większej ochrony tworzącej stabilne warunki dla rozwoju. Dziś wiemy, że niewidzialna ręka rynku ani całkowite usunięcie rządu z gospodarki nie zapewnią prosperity, raczej doprowadzą do polaryzacji ideologicznej społeczeństwa i rozwarstwienia ich dochodów.

Ayn Rand po kilkunastu latach w USA, w dobrobycie powojennej małej stabilizacji, nie musi chcieć o tym pamiętać. W końcu hegemonia powojennej Ameryki rodziła się w bólach histerii antysocjalistycznej, niesiona falą you can do it (sam, bez niczyjego wsparcia), długo zanim pojawił się Obama i jego PR-wcy.

Przewidzieć nas 50 lat wcześniej

Rand pisała:

„Gdy atakowany jest rozum, zdrowy rozsądek nie wystarcza (…), niekwestionowane absurdy dnia dzisiejszego jutro staną się akceptowanymi sloganami”.

To w takich fragmentach możemy ujrzeć innowacyjność jej myślenia, walkę o niezależność myśli, proroczość wizjonera.

Ayn w braku dyscypliny intelektualnej człowieka w warunkach, w których ma do tego pełnię możliwości, widzi nie tylko niedbalstwo, ale też zagrożenie dla wolności i dyktaturę uśrednionego, masowego gustu, często prymitywnego i głupiego. Wprawdzie jej własne myśli są owładnięte wizją zainfekowania dobrego kapitalizmu przez zły socjalizmem, ale jeżeli te pomysły wyjmiemy na chwilę z ram ideologicznych i spojrzymy na nie szerzej, to mamy przed oczami wnikliwą analizę świata prostych ludzi i ich nieskomplikowanych przyjemności. Dla Rand człowiek zbudowany z kaprysów i oczekiwań, niechętny pracy i szukający sposobności dla infantylnej egzystencji czy rozrywki, to człowiek niepełny. Jedyną nadzieją są dla niej młodzi ludzie, którzy dopiero co się kształtują. Oni, jako ci nieskażeni, mają być nadzieją dla systemu, utrzymać kapitalizm jako siłę żywotną i twórczą ideę postępu ludzkości.

Trochę przykro, że nie może zobaczyć, co stało się z jej nadzieją, kiedy symbolem prestiżu, nie jest doskonalenie siebie przez taką partycypację w kapitalizmie, by osiągnąć sukces i kształtować siebie przez podnoszenie umiejętności i zdobywanie nowej wiedzy, ale zachwyt na kolejna serią telefonu i Facebookiem, który jest dowodem naszego istnienia, istotniejszym niż nasze realne ja.

Rand by być pewną, że jej słowa i myśl nie przejdą niezauważone dla amerykańskiego establishmentu starała się wykładać na różnych uniwersytetach dla młodej publiczności. Spotykała się też i dyskutowała z prominentami amerykańskiej śmietanki towarzyskiej. Do jej dobrych znajomych należał Alan Greenspan, były szef FED-u. Trochę sami swoi, ale jeśli zerkniemy na jej sympatie polityczne obraz ten stanie bardziej klarowny i spójny.

Serce politycznie, co do czego nie można mieć wątpliwości, miała tylko dla prawicy amerykańskiej i jej ruchów, czyli Partii Republikańskiej i ewentualnie jakiś pośrednich mutacji tejże. W latach 40. angażowała się w nieudane próby odbicia Białego Domu z rąk Demokratów (w USA od 1933 do 1945 prezydentem był Franklin D. Roosevelt). W latach 60 kibicowała zażarcie Nixonowi, który jak wiemy doskonale, był na bakier z wielbioną przez Rand wolnością, kiedy za pomocą służb kołysał amerykańską demokracją dla partyjnych celów.

Oldie but goldie, czyli dlaczego nowe nie przejdzie

Rand była też mocno na bakier z zagadnieniami, które my dziś postrzegamy jako funkcje amortyzujące system debaty w dojrzałych demokracjach, tj. poprawność polityczna, rozszerzanie praw mniejszości seksualnych i kobiet oraz coś, co definiujemy jako multikulturalizm czy równouprawnienie kultur. O hipisach pisała, że: „Hipisi są zdesperowanym stadem szukającym dla siebie pana, gotowym oddać się każdemu (…), kto powie im, jak żyć, nie wymagając wysiłku myślenia. (…) są żywym dowodem tego, co znaczy porzucić rozum i polegać jedynie na swych pierwotnych instynktach, intuicjach i zachciankach. Posługując się takimi narzędziami, nie mogą pojąć nawet tego, czego potrzeba do zaspokojenia ich pragnień(…). Innymi słowy, komunizm, lewica, socjaldemokracja to dzieci tego samego diabła, trzeba z nim walczyć każdym sposobem i do końca.

Drobną wyrwą na jej niechęci do lewicy będzie podejście do powstałego po II wojnie Izraela. O tym jednak nie pisała za życia zbyt wiele. Dopiero w opublikowanym po jej śmierci eseju The Voice of Reason, pojawią się niewielkie wzmianki o tym państwie. Rand jako takich, nie popiera wyborów Izraelczyków (tych starych-nowych Żydów z popiołów Holocaustu, którzy urządzają kraj na socjalistyczną modłę, zapełniając go kibicami i moszawami, które jak do tej pory, są chyba najbardziej udaną formą przeniesienia haseł socjalizmu z teorii do praktyki). Finalnie, miedzy młotem a kowadłem tj. Żydzi vs. Arabowie, wybierze tych pierwszych. To decyzja podyktowana wyborem  mniejszego zła, gdyby stanęła w tym konflikcie po stronie arabskiej, nie byłaby intelektualnie spójna. Mogłaby wprawdzie, bez uszczerbku na własnej poglądowej ortodoksji, uzasadnić ten wybór własnym żydowskim pochodzeniem. Część Żydów tak robiło i robi, Izrael nie podoba im się do końca taki jaki jest, ale innego nie ma, dlatego rozsądek podpowiada, by mu kibicować, dając kredyt zaufania na wyrost.

Państwa arabskie na szachownicy światowej rozgrywki o prymat w regionie, były wtedy pod kuratelą Rosjan lub jak ktoś woli Związku Radzieckiego. Rand nie może wesprzeć odwiecznego komunistycznego wroga, który jest w okresie Zimnej wojny, mocodawcą swoich arabskich podopiecznych. Ayn, chcąc nie chcąc, stanie (głównie w duchu) z socjalistycznymi Izraelczykami. Jako że, konflikt arabsko-izraelski nigdy nie był dla niej priorytetem ani impulsem do intelektualnej walki, nie wspiera/krytykuje Izraela publicznie. Po prostu, pojawia się kilka jej opinii na ten temat. Nic poza tym.

Czy XXI wiek potrzebuje jeszcze Ayn Rand?

Kryzys finansowy z konsekwencjami, które nie przemijają, niestabilność zatrudnienia i problem z zaabsorbowaniem znacznej rzeszy ludzi na rynku pracy, wojny i konflikty zbrojne, które w pył rozbijają, i tak już wątłe gospodarki wielu krajów, pogłębiające się nierówności i różnice w majątkach, degradacja pracowników i dziedziczona z pokolenie na pokolenie bieda. Takie są, z grubsza, problemy ekonomiczne, które dotykają zglobalizowany świat na początku XXI wieku. Nasuwa się, w związku z tym pytanie, czy kapitalizm w takiej formie jaki propagowała Rand, to rozwiązanie przystające do obecnych czasów? Czy skrajny indywidualizm jednostki przekonanej o słuszności własnego egoizmu jest odpowiedzią na rzeczywistość, w której niestabilność warunków ekonomicznych skorelowana jest z rosnącymi wskaźnikami chorób psychicznych i samobójstw?

Nawet totalny laik średnio zainteresowany światem i wyzwaniami przed jakimi stoimy na progu XXI wieku, po zapoznaniu się z dorobkiem Rand, miałby problem z akceptacją jej dorobku w całości. Tak też, można odpadać sobie na powyższe pytania, część prac i pomysłów Rand obroni się w czasie, a cześć trzeba po prostu odłożyć tam gdzie ich miejsce, na półki z historią myśli filozoficzno-ekonomicznej.

Na tę chwilę, nie grozi nam raczej powrót socjalizmu (komunizmu?) w zdegenerowanej formie, który dokona przewrotu i zamieni ciemną nocą „ja” na „my”, a nieposłusznych potraktuje jak autor piosenki: Z kontrrewolucją się nie rozmawia, do kontrrewolucji się strzela. Jesteśmy raczej bliżsi sytuacji, która została sportretowana w The Hunger Games (na co już zwracało uwagę wielu publicystów), gdzie jest uprzywilejowania (mniejsza lub większa) grupa społeczna (tutaj kraje), a reszta to peryferie, które nimi pozostaną tam jako kraje w pułapce, mniejszego, średniego lub innego rozwoju.

Podsumowując: z dorobku Rand ciągle warto czerpać, jest wprost genialna, kiedy pisze o powinnościach człowieka, o jego potrzebie kształcenia się, dążenia do lepszego ja, pokonywaniu słabości:

Proszę zadać sobie pytanie, czy spełnienie marzenia o niebie i wielkości należy odkładać do czasu, gdy będziemy martwi, czy też powinniśmy osiągać je tu, na ziemi.  To cud maksymalizmu przesłania w minimum treści, nieprawdaż?

Ale trzeba to robić selektywnie i z głową. Intelektualista miała stuprocentową rację, kiedy broniła indywidualizmu jako siły sprawczej postępu, ale była zbyt ortodoksyjna, kiedy odrzucała zdobycze państwa opiekuńczego (czyli dziecko socjalizmu w europejsko-zachodnim wydaniu). Bez systemowych rozwiązań typu: publiczne szpitale czy uniwersytety (abstrahując od tego z jakimi borykają się one trudnościami), cześć populacji wylądowałaby na peryferiach świata, zanim ktoś by im powiedział, że takie istnieją i to właśnie oni.

a4316cd23a13cf9c3621da677cc3fc81

Próbka myśli Ayn Rand.

Źródła: Ayn Rand Institute, Ayn Rand and the World She Made by A.C. Heller, magazyn Liberte.

Wszystkie cytaty i informacje w tekście dotycząc treści publikacji autorki pochodzą z książek A. Rand wydanych  przez wydawnictwo Zysk i ska.

Grafiki: Flicker

Share Button

Powiązane wiadomości

Jedna odpowiedź

Napisz odpowiedź

Trackbacks/Pingbacks

  1. Ayn Rand: Róża Luxemburg kapitalizmu » Obiektywizm.pl

Napisz odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola oznaczone są za pomocą *



© 2014 Centrum Schumpetera. WSZYSTKIE PRAWA ZASTRZEŻONE.