Evgeny Morozov: chłodny umysł w wieku gorącego zachwytu innowacją

Los otwiera nam możliwości, ale to charakter dokonuje wyboru.

( Cyt. za 44 listy ze świata płynnej nowoczesności, Z. Bauman.)

Kiedyś, dawno, dawno temu, trochę jak w bajkach mówiło się, że to prawda na wyzwoli. To już dawno nieaktualne. Dziś moda sprzyja i premiuje nowinki radem z Solaris Lema. Im bardziej coś jest zagmatwane technologicznie i uwikłane w wirtualny świat, to tym lepiej dla nas, podobno. W miejscu boga mamy Elona Muska, a demiurgowie z Doliny Krzemowej, gdyby czytali Biblię, na wzór neochrześcijańskich kaznodziejów z neokatechumenatów gdzieś na końcu świata, krzyczeliby za Jezusem, każdy z osobna (ten amerykański odwieczny indywidualizm): Ja jestem drogą, prawdą i życiem. Skoro jest tak dobrze, to dlaczego ciągle są ludzie, którzy tego tak nie postrzegają. 

Z postkomunistycznej Białorusi, ale bez kompleksów

Soligorsk to taki białoruski Radom, tylko że opleciony całym dobrodziejstwem myśli ekonomicznej komunistów w warunkach post-ZSRR, a nie kapitalizmu rodem z pierwszego świata. To wynalazek tamtego świata i tamtej myśli, z prawami miejskimi od 1963, i misz-maszem gospodarczym, od produkcji chemii, przez ciężki przemysł elektromaszynowy, po lżejszy-spożywczy i drzewny. Nic wielkiego, nic znaczącego ani ważnego czy intrygującego. Trzy linijki w polskiej Wikipedii i osiem w angielskiej. Innymi słowy, to miejsce zapomniane przez boga i historię, raz, porządnie i na zawsze. Nie rezonuje, nie tworzy, nie daje szans i perspektyw. Tylko wziąć walizkę i uciekać. Tak też zrobił Evgeny Morozov, urodzony w tym mieście pisarz i publicysta.

Z miastem łączy go tyle, że oficjalna biografia podaje je jako miejsce, gdzie się urodził. Trudno powiedzieć, czy jego dzisiejsza sława i znaczące dla świata publikacje wywołują u mieszkańców miasta przypływ dumy z rodaka, czy może swojską zawiść, kiedy jednemu się udaje, a inni zostają w zdziwieniu, że coś przegapili. Morozov o tym nie mówi, a my nie pytamy.

Może to wina tego miejsca? Na uroku Soligorska trudno się skupić, co zatem wspominać? Możemy domniemywać, że Evgeny-dorastający nastolatek przełomu wieków-nie marzył o karierze sportowca czy przedsiębiorcy, ale intelektualisty w pełnym tego słowa znaczeniu. To wynika jasno z jego losów.

Chłopak, mając szansę wyjazdu na studia zagranicę, decyduje się na nie. Kończy studia na Uniwersytecie Amerykańskim w Bułgarii, tym dziecku amerykańsko-bułgarskiej przyjaźni, które jest ośrodkiem akademickim z prawdziwego zdarzenia, w tym trochę przaśnym bułgarskim światku akademickim. Morozov podąża na uczelni za osobistymi preferencjami, którym poświęci zresztą resztę zawodowego życia. Specjalizuje się w zagadnieniach socjologiczno-politycznych, a że boom na wirtualną rzeczywistością jest samonapędzającą się machiną, zaczyna analizować zależności i wpływy świata 2.0 na nasze poczynania i decyzje życiowe.

Najpierw jednak, już wyposażony w teoretyczną wiedzy podejmuje decyzję, że nie wraca na Białoruś. Nie chce pracować także, w którymś z krajów szeroko definiowanej Europy centralno-wschodniej. Z biegiem czasu przestanie identyfikować z Białorusią, ale nie zacznie też czuć w pełni przynależności z kolejnych miejsc, do których się przeprowadza. Stanie się takim naukowym nomadą, żywym przykładem sloganu-życie jest tam, gdzie praca jest.

Kierunek Zachód, bez żadnych wątpliwości

Po studiach przenosi do Berlina i tam zaczyna swoją wielką i owocną przygodę z pisaniem, najpierw jako wykładowca uniwersytecki, potem jako płody i samowystarczalny pisarz-publicysta. Mnogość uniwersytetów, z którymi będzie współpracował, może przyprawić o zawrót głowy, podobnie jak prestiżowe tytuły w których publikuje. Wykłada w Stanfordzie, Georgetown i w takich miejscach jak jedna z inicjatyw Georga Sorosa-Open Society Institute. Pisze dla Foreign Policy, The New York Timesa, The New Yorkera, Corriere Della Sera czy  Frankfurter Allgemeine Zeitung. To, że publikuje on wzdłuż i wszerz Europy przykuje uwagę nawet Erica Schmidta, który nie ma w zwyczaju zawracać sobie głowy opiniami technofobów. Po co miałby, kiedy ładna połowa świata korzysta z Google? A i kiedy trzeba, Google, by skorzystać ze świata, cenzuruje tu i tam pewne rzeczy, jeśli widzi w tym korzyść.

Morozov szybko staje się tak wpływowy. Jako kontrowersyjna publicysta-celebryta, zyskuje wiernych czytelników i wpływy wśród nich. Przykuwa uwagę, kontestuje zastaną rzeczywistość, nie liczy się na obowiązującymi modami i aktualnymi trendami. I to procentuje. Ma 29 lat i jest gwiazdą.

Kluczowe i podstawowe pytanie brzmi: co ten człowiek ma takiego do powiedzenia, że czołowe tytuły wzdłuż globu zamawiają jego teksty i przedruki, a centra naukowe niezwykle chętnie zapraszają go do współpracy jako fellow-profesora, by dzielił się swoimi przemyśleniami ze studentami.

To, że jest sceptyczny wobec XXI-wiecznej histerii zachwytu nad internetem jako medium sprawczym i kole zamachowym historii, to mniej więcej wszyscy wiemy. Czyli, musi być w jego myśleniu jednak coś jeszcze,  jakaś innowacja równa temu, przeciwko czemu publikuje i z czym walczy.  A przy okazji, coś na tyle ciekawego, by niczym męskie wcielenie heroiny Fin de siècle, mógł on dzielić słuchaczy na tych, którzy go podziwiają, a tych, którzy uważają, że upadł na głowę i trzeba go albo zignorować, albo nienawidzić.

Demokracja w stylu instant: pieniądze dla korpo to nie idealizm  

Demokracja-system rządów i forma sprawowania władzy, w których źródło władzy stanowi wola większości obywateli. Tako oto rzecze najprostsza i najbardziej prymitywna definicja tego pojęcia. O jakość tejże, co spędzało mu sen z powiek, martwił się latami Alexisa de Tocqueville’a. Utrapieniem amerykańskiego badacza było to, jak połączyć równość z postulatem coraz szerszej demokratyzacji, która może wolności zagrozić. W jednym z listów Tocqueville pisał: „Wielki problem, który stanowi przyszłość naszych współczesnych społeczeństw nieustannie dręczy mój umysł. Nie pozwala mi dostrzegać innych spraw i zająć się innym przedmiotem”. Takie samo podejście wydaje się mieć Morozov. Jego nie tyle martwi to, w jaki sposób pogodzić równość z wolnością oraz czy i jak nie dopuścić do absolutyzacji władzy wybranej demokratycznie, ale to jak ten reżim polityczny ma funkcjonować w wieku technologii i cyberkultury, za którą nie nadąża ociężały system prawny, a tym bardziej związani nim politycy. Autora interesują negatywne skutki social mediów na miejsca, w których demokracja jaką my znamy na Zachodzie, dopiero raczkuje lub jest atrapą. Pociąga go badanie ułudy jaką oferują tym ludziom i jak naiwnie oni pozwalają się tym karmić.

Morozov stoi na stanowisku, że próba partycypacji w systemie bądź tworzenia podwalin demokratycznego państwa przy pomocy mediów funkcjonujących w sieci i nadmierna wobec nich ufność są drogą donikąd. Pół biedy, kiedy mamy do czynienia z takimi ruchami w krajach z ukształtowanym, zdrowym i stabilnym systemem prawnym, podartym demokracją. Obywatele tych miejsc, zanadto, nie muszą obawiać się represji ze strony władz czy aparatu bezpieczeństwa. Ale, wyjdźmy na chwilkę z naszych cieplarnianych warunków, gdzie protesty są wpół drogi formą zaangażowania politycznego, a wpół niemalże partycypacją w ruchu towarzyskim, co można było zaobserwować pod koniec protestów w Nowym Jorku, w czasie eskalacji kryzysu finansowego, kiedy brak efektów tego ruchu nie przeszkadzał protestującym przychodzić tam, by spędzić miło czas pośród osób podobnie myślących.

Spójrzmy na te kraj, gdzie demokracja nie może się zadomowić, a kiedy już pojawi się, to wywołuje wstrząsy i turbulencje jak w organizmie po nieudanej transplantacji. To, że media społecznościowe odegrały rolę ciała fantomowego demokracji podczas tzw. Arabskiej wiosny, dziś wszyscy doskonale wiemy. Demonstranci mieli złudne wrażenie, że dzięki tym narzędziom kontrolują sytuację bardziej niż rząd. Ostatecznie okazało się – nic bardziej mylnego.

Morozov widzi w tym krótkowzroczność, tak samo protestujących jak świata Zachodu. Już kilka lata temu pisał, że za bardzo przywykliśmy do internetu jako siły, która może wywołać i trzymać w ryzach demokrację. On sam nazywa to mitem technoutopii, kiedy wydaje nam się, ze ci tzw. rewolucjoniści to takie prawie geeki, tylko że w dłoniach dzierżą najznamienitsze dzieła myśli Oświecenia, od Locka pod Habermasa, zamiast podręczników do informatyki. A rządy tych krajów mają takie pojecie o nowych mediach jak nasi dziadkowie albo mniejsze. A tutaj ups, nie można popełnić większego błędu. Dyktatorzy naszej doby to bardzo cyfrowe stworzenia, wsparte zapleczem wykształconych służb, które wykorzystują do niszczenia, a nie promocji pluralistycznego systemu. Ba, robią to za nasze pieniądze, wykorzystując naszą wiedzę, a nawet jest śmieszniej, my ich do tego szkolimy, a potem rozrywamy szaty, kiedy dochodzi do nieszczęścia. I dalej, my, niczym chory człowiek na diecie bez cukru, ciągle mamy nadzieję, że ten jeden, ten już ostatni raz naciągniemy odrobinę normy i rzeczywistość i już będzie dobrze. Ci wszyscy biedacy pod dyktatorskimi butami z pełnym dostępem do sieci, wparci nowymi wynalazkami prosto z USA, podbudowani mentalnie przez blogerów pójdą na barykady walczyć o naszą koleżankę demokrację, tyle tylko, że na rubieżach świata.

Dla NYT Morozov napisał o tym: “Smart technologies are not just disruptive; they can also preserve the status quo. Revolutionary in theory, they are often reactionary in practice.” Internet jest ostatecznie plątaniną kabli i routerów, a nie jakimś nadświadomym bytem, który ma wpisany w sobie program „Wolność, równość, braterstwo, demokracja i kapitalizm jako opcja najlepsza z możliwych”. Rozsądek podpowiada, a przynajmniej powinien, tym trzeźwo myślącym, że to użytkownika zależy do czego wykorzysta zasoby sieci. Prawda. Nie musi, jeśli nie chce, walczyć o lepszy świat. Może, jeśli lubi, spędzać godziny w serwisie Pornhub. Wolność wyboru, wyborem wolności, nieprawdaż?

Akrobatyką intelektualną wysokiej próby jest zatem, chęć uwierzenia w to co pisze Jared Cohen, szef think tanku Google Ideas, w swojej książce „Children of Jihad” (2007): „Internet jest miejscem, w którym irańska młodzież może działać swobodnie, wyrażać samych siebie i uzyskiwać informacje na swoich zasadach. Mogą tam być, kim chcą, i mówić, co chcą, bo działają poza zasięgiem aparatu policyjno-państwowego (…). Prawda, że rząd próbuje to monitorować, ale w praktyce to nie może mu się udać”. Jak nam pokażą wydarzenia i historia Zielonej Rewolucji (Iran), protestanci sami sobie zakładali na szyję pętlę facebookowe „demokracji”, a służby bawiły się nimi jak chciały.

Morozov, oczywiście, nie odbiera mieszkańcom państw pod autorytarnymi rządami dobrej woli i chęci, by system upadł, ale stara się patrzeć na nich bardziej racjonalnie niż rozentuzjazmowany reporter pośród tłumów na igrzyskach. Widzi światłocienie i mnóstwo paradoksów. Opisał je dokładnie w swojej pierwszej publikacji The Net Delusion z 2011 roku. Potem wyda jeszcze jeden tytuł: To Save Everything, Click Here: The Folly of Technological Solutionism, o podobnym przesłaniu, nastawiony tak samo pesymistycznie do nowego, wspaniałego świata sieci i cyberkultury.

O tej drugiej książce i autorze tak pisze W. Orliński: Dobrze pamiętając komunizm i Łukaszenkę, Morozov uodpornił się na pewne formy propagandy, wobec których bezradny jest czytelnik na Zachodzie. A przecież w ostatecznym rozrachunku wszelka propaganda wszelkiego ustroju opiera się na optymizmie. 

Polityka? Przecież mamy Internet

A teraz niech sobie państwo wyobrażą sodę uliczną z pytaniem: czym jest dla mnie polityka? Wyobrażają sobie to państwo już? Dobrze. Ja mam głównie przed oczami taki obrazek: inne, wielkie z przerażenia i zaskoczenia oczy. Boże drogi, czego oni ode mnie chcą?- będzie się głowić statystyczny ankietowany. W eleganckiej wersji powtórzmy to samo z pomocą H. Arendt: Im mniej po­lity­ki, tym więcej wolności. I miejmy to już za sobą. Nareszcie.

Morozov jest przerażony na poważnie, tym co się stało z polityką. Nie chodzi mu nawet o ten cały segment infotainment, który robi z poważnych zagadnień show, z odbiorców bezmyślną masę, a z właścicieli stacji krezusów. U publicysty gęsią skórkę wywołuje to, że polityczni decydenci dostosowali się do tego cyrku i zdezerterowali z wypełniania swoich obowiązków.

Skłania się on ku tezie, że klasyczna dyplomacja (siła nacisku międzypaństwowego?) już nie pracuje, a polityka zagraniczna, nawet takich gigantów jak USA jest farsą w coraz większym stopniu, którą próbują oni zastąpić słabą ofertą softpower.

social-media-419944_1920-1180x650

Tak wygląda przepis na demokrację wg. Zachodu dla reszty świata.

W XXI wieku czasy mężów stanu, wizjonerów, którzy patrzą na swoją pracę jako służbę publiczną, która będzie mieć konsekwencje dłuższe niż ich kadencje odeszły bezpowrotnie. Ostatni tacy ludzie, według Morozova, to generacja wojenna, ewentualnie ta, która współtworzyła Unię Europejską. Ich następy są inni, zamieni idee i pryncypia na garnitury korporacyjnych tuzów i nie chcą, a może nie mają po co, włączać się w rzeczywistą promocję pewnych wartości. Tylko po co mieliby to tak naprawdę robić, kiedy mogłoby im to przynieść szkody. Czy Gerhard Schröder dostałby intratną posadę u Rosjan, po zakończonej kadencji kanclerza, gdyby zbyt nachalnie zwracał im uwagę, że staczają się ku wpółdzikiej euroazjatyckiej republice, tyle tylko że takiej większej rozmiarowo?

Może rację ma podobnie jak Morozov Peter Sloterdijk, kiedy pisze: Moralność polityczna – która polega na mówieniu, że Gułag jest zły, a demokracja jest dobra – sprawia, że myślenie powraca na mielizny. W moralności cokolwiek nowego pod słońcem jest po prostu wykluczone. Inaczej, nie będziemy mieć nic nikomu do zaproponowania, kiedy sami jesteśmy niepewni własnej pozycji. Co do aplikacji i mediów społecznościowych używamy ich wszyscy, i ci dobrzy, i ci źli. Morozov doda do tego, że social media i cyberkutura to erzace, które powstały po to, by zamaskować pewne niewygodne fakty.

Krytycy odpowiedzą mu na to, że wszystko co pisze, wynika z żądzy zdobycia płytkiego poklasku. Jest dla nich publicystą o stylu Kasandry, który w takich kontrowersyjnych tezach widzi szansę dla promocji własnych tez i opinii.

Przepis na idealną debatę: dyskutujemy i zgadzamy się, ale w odseparowanych grupach

W USA i innych otwartych społeczeństwach toczy się (a może próbuje) debata o tym jak zastępcza, sztuczna rzeczywistość sieci wpływa na społeczeństwo. O ile w krajach pierwszego świata jest ona bogata i często prowokująca do przemyśleń, to poza centrum myśli liberalnej nie sprawia wrażenie aż tak istotnej dla funkcjonowania społeczeństwa. Inaczej, to że w pierwszym świeci myślimy, że ten drugi i trzeci googluje maniakalnie i zaczytuje się w owocach pracy naszych czołowych intelektualistów, to nasze czcze życzenie. Dobrze takie pozytywne myślenie robi na samopoczucie, ale nie działa na rzeczywistość. Prawdą jest, że cześć populacji krajów z krajów autorytarnych jest z nami mentalnie połączona, ale trzeba i należy zawsze pamiętać, że to jest mniejszość. Często też, pochodzi z rodzin o stabilnym statusie społecznym i ekonomicznym, więc ma chęć i czas, by bawić się w demokrację, kiedy wokół szaleje, tutaj do wyboru:  bezrobocie , bieda, zamordyzm.

A reszta? Ta może mieć (i często ma) inne priorytety, niż życzylibyśmy sobie, by ci ludzie mieli. Nasz stosunek do nowoczesnego autorytaryzmu wydaje się być jakimś symulacrum, uważa Morozov. Nie chcemy przyjąć do wiadomości, że jednak większa cześć ludzkości żyje w systemach niedemokratycznych i tak na razie zostanie, a jeśli są to społeczeństwa zasobne finansowo (Arabia Saudyjska czy Szanghaj) to nasze idee i wolności nie są im wcale tak niezbędne do życia.

A kiedy występują przeciwko własnemu rządowi – konkluduje Morozov – to nie muszą wcale pasować do naszego wyobrażenia o decydentach, którzy zawsze i wszędzie patrzą w jednym i tym samym kierunku: w prawo zwrot, w lewo zwrot, ale na Zachód. Weźmy pierwszy lepszy przykład z brzegu, takie organizacje jak Bractwo Muzułmańskie czy Hezbollah, oba w opozycji do władzy, oba bardzo aktywne w środowisku internetowym, mają swoje media i telewizje, a przy tym są agresywnie nastawione wobec alternatywnych rozwiązań niż ich własna. Biorą od nas technologie, po to by użyć jej przeciwko nam.

Każda z takich organizacji ma większy i stały posłuch pośród społeczeństwa, niż te nietrwałe, zrywy organizowane – jak pierwsze, dziesiąte i setne wydarzenie na Facebooku. One są dla elity. Podobnie jak wymuskane i intelektualne debaty. Angażują i cieszą wybranych, bardzo często już tych, którzy uczestniczą i korzystają pokątnie z owoców liberalnej demokracji. Reszta, zepchnięta na margines, do gett biedy dyskutuje, a może bardziej wylewa żale i swoją nienawiść na tych, którzy o nich rozmawiają jako o problemie, a nie z nimi. Łączy ich jedno. Narzędzie komunikacji. Jeden z komunikatorów. I tylko tyle. Tyle tylko, że to tyle to stanowczo za mało, by odpowiedzialnie powiedzieć, że social media istotnie wspomagają dialog społeczny.

Ależ chwileczkę, spokojnie. Tak, Facebook służy tak samo nam i im. Pomoże, marginalnym feministkom w Arabii Saudyjskiej jakoś się zorganizować, a my laikami będziemy bić brawo. O, uciśnione kobiety wstały do walki. Aplauz. Ale też stanie się platformą dla szerokiej promocji dla ich przeciwników, kaznodziejów wahabickiego islamu, którzy na forum publicznym pozbawią je czci, wiary i twarzy w życiu społecznym. Ich, w odwecie, będziemy chłostać emotikonem wyrażającym złość. My na niby, a ci tam je, naprawdę. Ot, takie drobne nieporozumienie międzykulturowe, czyli aplauz dla nas wszystkich. Kurtyna.

I wracamy do źródła problemu. Nowoczesne technologie są pomocne w wielu dziedzinach życia, a nie kiedy angażuje się je do walki ideologicznej i debaty, która ma przynieść konsensus, który znajdzie odzwierciedlenie praktyczne. Tam, gdzie mamy do czynienia z emocjami i poglądami politycznymi, nie będą  one już tak sprawnie działać. W ostatecznym rozrachunku tabele Exela są dla rad nadzorczych firm technologicznych pierwszorzędne, promocja wartości to nie do końca ich priorytet, choć wizerunkowo nie mają nic przeciwko, by jako takie je postrzegać. Ot, taki miły bonusik.

Prawda płynnej rzeczywistości: czy społeczeństwo obywatelskie umrze

I na koniec nasuwa się to zasadnicze pytanie: komu mamy wierzyć, komu zaufać? Czy Morozov czasem nie przesadza? A może to jego krytycy chcą po prostu coś przed nami ukryć? Lub jest tak jak z wieloma teoriami z przeszłości, które trudno potwierdzić empirycznie, a zestawy danych i przykłady podawane przez oponentów są tak dopasowane, że prawdę trudno oddzielić od propagandy. W gęstwinie efektownych zdań i rozwiązań pozostaje tylko mozolnie szukać wartościowych informacji.

Jak to zrobić? Być czujnym i sceptycznym – twierdzi Morozov. Jeśli ktoś próbuje nam wyjaśnić świat w 15 minut, to nas oszukuje z premedytacją lub ma za ludzi ograniczonych intelektualnie: The TED ideal of thought is the ideal of the “takeaway”—the shrinkage of thought for people too busy to think. 

A jeśli, reklamuje nam – na poły neosocjalny pomysł dla ubożejącego prekariatu tj. „sharing economy”, to warto by mieć z tyłu głowy : Entuzjaści „sharing economy” wylewają z siebie potok słów o „eliminowaniu pośrednictwa”.(…)Cyfryzacja gospodarki nie jest oddolna – napędza ją nowy zestaw potężnych pośredników. Weźmy Facebooka: dostarcza wiele usług, które można podciągnąć pod „gospodarkę dzielenia się”, jak choćby „infrastrukturę tożsamości”, która pozwala sprawdzić, czy jesteśmy tym, za kogo się podajemy.(..)Te optymistyczne, utopijne opowieści o dzieleniu się utrwalają i racjonalizują patologie obecnego systemu politycznego i gospodarczego, prezentując je jako nasz własny, świadomy wybór stylu życia.

By jednak, oddać trochę sprawiedliwość krytykom, faktycznie, trzeba przyznać, że tam gdzie nie ma szans na szybką demokratyzację oraz innego sposobu dostępu do dóbr (z bardzo różnych powodów) niż „ekonomia dzielenia się”, lepsza jest choć ich namiastka, jeśli taka daje, a choćby złudne, poczucie przynależności do lepszego świata, wiedzy i tej lichej konsumpcji. Ale, nie można tego robić bez podkreślenia, że to substytut na drodze do tego, co powinno być celem.

Zawsze w formie, red. Orliński tak to podsumuje: Nie szkodzi, że edukacja padnie – zastąpi ją Wikipedia. Nie szkodzi, że umrze kultura – zastąpią ją chomiki i torrenty. Nie szkodzi, że umrą media – mamy blogi i Twittera. Nie szkodzi, że umrze społeczeństwo obywatelskie, przecież Facebook nas zjednoczy nas w doskonałą społeczność.

Tę historię mamy jeszcze przed sobą. Byle tylko, nie była to droga w jedną stronę. Taka bez wyjścia awaryjnego czy możliwości rezygnacji, one-way-ticket bez opcji odwołania rezerwacji.

evgeny-morozov_01

Morozov w swoim żywiole, czyli podczas jednej z debat.

Źródła: publikacje E. Morozova, felietony i blogi W. Orlińskiego, Children of Jihad J. Cohena, 44 listy ze świata płynnej nowoczesności Z. Baumana, O demokracji w Ameryce Alexis’a de Tocqueville, wyborcza.pl.

Zdjęcia: The Guardian, Flicker.

 

Share Button

Powiązane wiadomości

Napisz odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola oznaczone są za pomocą *



© 2014 Centrum Schumpetera. WSZYSTKIE PRAWA ZASTRZEŻONE.