Niezdrowa obsesja prestiżu

W USA – jak w każdym kraju – zbliża się sezon maturzystów i przyszłych studentów. W tym roku publicyści zza oceanu nie skupili się jednak na przewidywaniu wyników egzaminów, ale na niezdrowej obsesji Amerykanów dotyczącej Harvadru, Stanforda i innych prestiżowych uniwersytetów.

Gotowi do biegu? Harvard!!!

Wiosna. Znowu przyszedł ten czas, kiedy młodzi muszą zdecydować się co do formy dalszej ścieżki edukacyjnej. Jest to tak samo czas, kiedy część osób w USA angażuje się w obserwację procesu rekrutacyjnego niczym barwnej telenoweli. Nie tyle są oni zainteresowani drugorzędnymi uczelniami, ale tymi, które są szczycie wszystkich rankingów i przyciągają najzdolniejszych i najbardziej zasobnych, a przy tym odrzucają większość aplikujących, utrwalając wizerunek miejsca dla elit. I to pomimo, i tak już rozbudowanego systemu stypendialnego dla zdolnych, ale uboższych. Zabawa w kibicowanie jest zatem wciągającą rozrywką, która przyprawia o frustrację obiektywnych obserwatorów.

Ben Casselman i Frank Bruni z NYT podkreślają, że i tak mniejsza mniejszość ma szansę się tam dostać. W USA takich osób jest 4%, zatem nie ma powodu do takiej ekscytacji czymś, co nie dotyczy większości młodych Amerykanów.

Pewnie, że The Ivy League, z uniwersytetami : Stanford, The University of Chicago i jeszcze kilkoma innych jak The University of Michigan, UC-Berkeley i UNC-Chapel Hill, od zawsze są dumą i ozdobą amerykańskiego szkolnictwa i marką na cały świat. Ale skupianie się corocznie na tym wątku – tak samo na okładkach magazynów, w salach Kongresu i biurach poradnictwa dla przyszłych studentów jest dla nich niebezpieczne. To już prawdziwa obsesja, która nie ma przełożenia na rzeczywistość i przyszłość Amerykanów wchodzących w dorosłość.

Po pierwsze – dla rodziców i przyszłych studentów zaczyna sprawiać to wrażenie, że dostanie się na uniwersytet to misja niemożliwa. A tak to wygląda, kiedy maturzysta zdecyduje się aplikować tylko do topowych miejsc. W rzeczywistości jest dokładnie na odwrót. Przez ostatnie 50 lat selekcja w szkołach wyższych stopniowo się zmniejsza. Tak wynika z badań profesor Caroline Hoxby, która przez kilkanaście lat obserwowała to zjawisko.

Ale nawet ci rodzice i uczniowie, którzy wiedzą, że porządne uniwersytety istnieją poza Bluszczową Ligą odczuwają rodzaj niepokoju i lęku, że ci którzy kończą tam studiują mają w życiu lepszy start i więcej otwartych drzwi. A może znajomości?

stres-przed-matura1-620x264

Stres i czas poświęcony próbie dostania się na uniwersytet z listy Ligi Bluszczowej może nie być tego wart.

Prestiż prestiżem, a firma musi zarabiać

Po drugie, wszystkim wydaje się, że duże i ważne firmy kierują swoje oferty pracy, praktyki i staże właśnie do tych absolwentów z Ligi. A dla reszty jest to czego tamci nie wzięli, jakieś ochłapy. To stare myślenie i trend, który zaczyna znikać z rynku. Coraz więcej firm przy procesie rekrutacji zaczęło używać tzw. ludzkiej analizy. Chodzi w tym o to, że stopień naukowy, nawet Harvardu, przestał być czynnikiem rozstrzygającym przy zatrudnieniu. Pracodawcy im bardziej ta metoda się upowszechniała, tym bardziej stawali się sceptyczni co równego poziomu absolwentów szacownych szkół. Okazywało się, że często znajdują równie dobrych kandydatów z mniej znanych uczelni. Finalnie, spowodowało to rozszerzenie procesów rekrutacyjnych na wszystkie szkoły i uczelnie, czyli chorowanie na dyplom Yale nie jest dobrym rozwiązaniem, a może być po prostu wyrzucaniem pieniędzy w przysłowiowe błoto.

Duże firmy, ostatnimi czasy, wydają się sprzyjać absolwentom spoza elity. Wall Street Journal przepytał prawie 500 działów HR największych firm, organizacji pozarządowych i rządowych o ich praktyki rekrutacyjne. Dziennikarzy interesowało to – do których z uczelni mają największe zaufanie i którzy absolwenci najlepiej sprawdzają się potem w pracy. Co się okazało? Na liście speców od HR nie ma Ligi Bluszczowej. Topowa piątka uniwersytetów wg HR-ców to: Penn State, Texas A&M, the University of Illinois, Purdue i Arizona State. Wszystkie to publiczne uniwersytety, na takie decyduje się przecież 80 procent młodych Amerykanów. Nie idą do drogich i prywatnych uniwersytetów, bo ich na to nie stać. Jedyną prywatną szkołą w tym zestawieniu jest Carnegie Mellon na 10 pozycji. Z Ligii Bluszczowej załapał się tylko Cornell na 25 miejscu.

Wniosek jest taki, że w USA skupianie się tak mocno na prywatnym szkolnictwie wyższym i próba diagnozowanie problemów całego systemu właśnie w oparciu o nie, jest kardynalnym błędem uczniów, rodziców, rządzących i dziennikarzy. Doprowadziło to w konsekwencji do sytuacji, w której studenci publicznych uczelnie muszą dziś płacić już połowę kosztów nauki (kiedyś była to 1/3). I tak jest ze wszystkim. Reformuje się prawo tak, by polepszyć sytuację miejsc, które służą mniejszości, a drenuje się te pozostałe, choć to one kształcą masy. By coś zmienić trzeba zacząć o tym rozmawiać. USA potrzebuje otwartej debaty o swoim szkolnictwie wyższym, by przetrwało to co przed lata budziło zazdrość świata, czyli Liga Bluszczowa, ale też by inne uniwersytety rosły w siłę i własny prestiż.

Źródło: The Washington Post

Share Button

Powiązane wiadomości

Napisz odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola oznaczone są za pomocą *



© 2014 Centrum Schumpetera. WSZYSTKIE PRAWA ZASTRZEŻONE.