Bliski Wschód w mrokach średniowiecza

Od kilku lat naszą uwagę przykuwa Bliski Wschód – bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej. Jeden z analityków żartobliwie zaryzykował stwierdzenie, że główny eksport z Bliskiego Wschodu obecnie to: ropa i przerażające newsy.

Nie ma Boga na Bliskim Wschodzie

Jest tak od dekad, konflikt bliskowschodni jako spuścizna po XX wieku nie może znaleźć akceptowanego i zadowalającego wszystkich rozwiązania. Ciągle wchodzi w nowe fazy i cykle. Tym bardziej w momencie w którym mamy do czynienia z Państwem Islamskim, wzrastającym napięciem saudyjsko-irańskim, głębokim kryzysem humanitarnym w Syrii oraz niemocą decydentów zarówno na Zachodzie, jak i w szeroko rozumianym świecie arabskim.

Dziennikarzom i naukowcom pozostaje tylko śledzić wypadkową aktualnego układu sił i nienawiści w miejscu, w którym „nikt na nic się nie godzi i mało kto z kim rozmawia (…) słowem, nie zanosi się na żadne porozumienie, kogokolwiek z kimkolwiek i w jakiejkolwiek sprawie”. Jak zauważył jeden z libańskich dziennikarzy „God resings over situation in Middle East.”

Od kadencji Baraka (w Izraelu) przez rządy Szarona i Olmerta do powrotu Netanjahu widoki na pokój między Żydami a Arabami malały z roku na rok. Jest to proces nieustannie postępujący, przy czym to nie ustalenie treści traktatu jest problem, ale to że zacietrzewione strony są przekonane, że przeciwnik go nie chce. Nie tylko w tym jednym przypadku. Takie podejście wykazuje wiele państw w reakcji na różne problemy tego miejsca.

Dotyczy to na przykład priorytetu Izraela, tj. odseparowania Palestyny od ich kraju, jako suwerennego bytu, jak i spraw drugorzędnych, czyli normalizacji stosunków z Libańczykami (kryzys od II wojny libańskiej) czy Syryjczykami (całkowity zastój pod rządami Baszara Asada oraz utrata przez niego części Syrii na rzecz PI i Hezbollahu). Izrael oczywiście ciągle potrzebuje gwarancji bezpieczeństwa i akceptacji ze strony Arabów (nie ze wszystkimi krajami na jednakowych warunkach, niektóre z nich są mało znaczące, ważny dla Izrael jest Egipt i Jordania oraz poprawne stosunki sunnickich Saudyjczyków i szyickich monarchii w Zatoce z USA ).

W tak niesprzyjających warunkach, jakie są teraz na Bliskim Wschodzie, Izrael jako państwo z dość stabilnym system politycznym i przewagą militarną może utrzymać dla siebie rolę lokalnego hegemona (do tego miana aspiruje też Iran i Arabia Saudyjska), wprawdzie jako kraj przedstawiany i odbierany jako wróg, ale budzący strach dzięki zapleczu wojskowemu. Powinien starać się jednak unikać militaryzacji społeczeństwa bardziej niż jest to konieczne, inaczej może stać się zbyt opresyjny dla swoich obywateli, dzieląc los sąsiadów, którzy porządek (prawo) zrównują z zastraszaniem własnej ludności terrorem przy pomocy służb specjalnych.

Iran: mniejszość religijna leczy kompleksy

Wielką niewiadomą i ciągłym zagrożeniem dla państwa żydowskiego pozostał Iran i atomowy niepokój w regionie. Nikt nie ma dziś wątpliwości, że perski program będzie się rozwijać (mimo szumnie podpisanych porozumień z USA, które po kryzysie z Saudami są bardziej chwytem PR-owym niż wiążącym traktatem).

Eksperci mają nadzieję, że Irańczycy zostaną przy takiej metodzie jak dotychczas – broń jądrowa jako czynnik odstraszający bez dalszej eskalacji konfliktu. Istnieje spora szansa, że ze względu na obecną sytuację Bliskiego Wschodu, to nie będzie mieć miejsca. Obecnie rejon ten bardziej przypomina szablonowy wzorzec upadku i destrukcji. Nie ma tam raczej miejsca na konwencjonalną wojnę między państwami. Trudno powiedzieć, czy Irańczycy by takiej chcieli. Mają w pamięci nie zabliźnioną ranę, po wyniszczającej wojnie z Irakiem za czasów władzy Hussaina.

Kiedy Kain i Abel wyznają islam

W tym miejscu warto też zaznaczyć problem narastającej rywalizacji między sunnitami i szyitami. Dla ekspertów zaostrzenie się stosunków międzywyznaniowych jest kolejną falą odwiecznej nienawiści między wyznawcami głównych nurtów islamu. Nakłada się też na to pamięć o wspomnianej wojnie iracko-irańskiej (1980-1988), kiedy ponownie na arę dziejów powrócił zatarg arabsko-perski, który prawdopodobnie będzie się pogłębiał. Solennym przykładem jest Daesh (Państwo Islamskie), które zwalcza wszystkich innowierców, celując w szyitów, alawitów, nie wspominając o chrześcijanach, Żydach, jazydach i Kurdach.

Izrael na wydechu

To wszystko co dzieje się obecnie w regionie, odciągnęło uwagę świata od Izraela. Świat arabski przygnieciony ciężarem wewnętrznych wojen, zaczął go bagatelizować. Palestyńczycy zeszli na drugi plan, ich miejsce zajęła fala Syryjczyków. Wśród muzułmanów sojusznikami dla Izraela są Kurdowie. Oni, podobnie jak Żydzi, nie mają najlepszych relacji z Arabami, dlatego też kiedy udało się im zacząć wydobywać ropę w autonomicznym regionie Iraku (irackim Kurdystanie) Natenjahu ją kupił, kiedy arabskie porty nie chciały nawet wpuścić tych kontenerowców do portów. Ropy, w porównaniu z tą wydobywaną w Zatoce, nie było wiele, ale uprzedzenia wymieszane z polityką zrobiły swoje.

d1775888634

Kurdowie nie mają przyjaciół na Bliskim Wschodzie, stąd sojusz z Izraelem, fot. AP

Szariat plus Oświecenie, to nie może się udać

Corm uważa, że

Wielu uczestników wydarzeń bliskowschodnich żyje jakby w odmiennym przedziale czasu i różnie postrzegają oni zachodzące zmiany. Czas regresywny jest dziś najlepszą charakterystyką świadomości społecznej na Bliskim Wschodzie. Specyficzny jest przypadek Izraela, który łączy czas regresywny z czasem progresywnym (…) Progresywny, bo Izrael jest państwem postindustrialnym nakierowanym na przyszłość, ale i regresywnym, choćby w sensie tryumfalnym, ze świadomością udanej odbudowy biblijnego państwa hebrajskiego.

To właśnie dramat dla Bliskiego Wschodu. Idee demokratyczne są mu całkowicie obce. To prowadzi w rezultacie do tego, że wojna lub reżim mogą być na ten moment tylko i wyłącznie systemem lub sposobem funkcjonowania tamtych społeczeństw. Uważam tak na ten moment, nie odrzucając perspektywy, że nastąpi takie przesilenie, które da Arabom lub chociaż znacznej ich części system, w dopasowanej do tamtejszej rzeczywistości formie. Widzimy więc, że teraz demokracja jako rodzaj rządów to dezintegracja społeczeństw arabskich i pozory pro-zachodnie, które są fasadą maskującą bardziej realistyczne i trudne oblicze (casus Libanu, gdzie system konfesyjny doprowadził do wojny domowej w latach 70). Jeśli następuje spiętrzenie problemów, cała rzeczywistość ulega entropii, a podzielone religijnie i klasowo społeczeństwo zaczyna ze sobą walczyć.

Następstwem takiej polityki jest permanentna niemoc przezwyciężenia uprzedzeń, stereotypów, źle rozumiane pojęcie honoru, wojna i odrzucanie szansy na egzystowanie z Izraelem, jako pełnoprawnym członkiem społeczności BW, chociaż wydaje się, że Izrael też wolałby stopniować poziom tych relacji, dochodząc ostatecznie do pewnej neutralności. Dotyczy to tak Palestyńczyków jak i innych Arabów, którzy nad przyszłość wybierają bierne egzystowanie w przeszłości, zamiast stać się podmiotem w grze politycznej. Wybrana przez nich droga, czyli solidarność islamska i wielki ruch powrotu do religii muzułmańskiej przynosi profity raczej notablom (np. Egipt czy Arabia Saudyjska), pogrążając te społeczności w biedzie i marazmie (Irakijczycy), narażając je na bycie przysłowiowym  „mięsem armatnim”.

Historia ciągle powtarza się: proszona lub nie 

Idealną ilustracją na potwierdzenie i uzupełnienie tej tezy jest cytat z Bartosiaka:

Samuel Huntington, pisząc w swojej słynnej książce („Zderzenie cywilizacji”) o niszczycielskim potencjale cywilizacji islamskiej, wspomina o wielkiej rzeszy młodych, muzułmańskich bezrobotnych, jak ich nazywa – ludzi luźnych, którzy stanowią bazę rekrutacyjną dla organizacji islamskich. To dzieci boomu demograficznego, które już dorosły i wobec braku jakichkolwiek perspektyw są gotowe zasilać szeregi terrorystów i z ochotą oddawać życie w walce z niewiernymi. Ten sam problem zauważa niemiecki filozof Peter Sloterdijk, jednak wyciąga z niego inne wnioski. Autor „Krytyki cynicznego rozumu” zauważa, że większość spośród dzisiejszych uczniów szkół koranicznych zostanie poświęcona na ołtarzu krwawych wojen domowych. (…) Podczas gdy Huntington ujście dla frustracji młodych bezrobotnych muzułmanów widzi w zderzeniu cywilizacji, Sloterdijk twierdzi, że broń demograficzna islamu w postaci nadmiaru chętnej do walki ludności, przy braku szans na ekspansję terytorialną i emigrację, skieruje się przeciw jej dysponentom.

Warto zaznaczyć, że teoria Huntingtona ma pewne braki i nadużycia, ale jest tam kilka tez z którymi warto, szczególnie obecnie, dyskutować lub chociaż je przemyśleć.

I tutaj wracamy po raz kolejny do Syrii i Państwa Islamskiego. Słusznie uważał Corm, że ten kraj (od 1949 roku, czyli od pierwszego zamachu stanu na BW)  jest „enfant terrible” dla innych Arabów, przez wszystko co robi. Syria tak próbowała rozgrywać swoja politykę z Izraelem, by wyjść z negocjacji jako jedyny zwycięzca, niszcząc przy tym i manipulując do własnych, partykularnych celów np. polityką libańską, uniemożliwiając im prowadzenie niezależnych działań wobec Izraela (sojusz z Iranem, działalność Hezbollahu). Damaszek od zawsze był z wszystkimi sąsiadami, taką też politykę – dziel i rządź – preferuje nadal. Najpierw wybuch prodemokratycznej rewolucji, potem wojna, a w rezultacie rebelia terrorystów z Daesh, która zmusiła cywilów do opuszczenia kraju i emigracji do krajów ościennych Europy.

Kto, z kim i dlaczego?

Tę złożoną sytuację BW normują częściowo dwa czynniki: USA i Arabia Saudyjska. Obu państwom z różnych przyczyn zależy na nieeskalowaniu dalszego sporu Żydów z Arabami. Podobny stosunek do Izraela ma reszta państw Zatoki, ale te dotują skrajne antyizraelskie organizacje terrorystyczne. Jest to sojusz po stronie Izraela, jemu przychylny, działający na zasadzie wróg mojego wroga – moim przyjacielem. Światopoglądowo jest trudny do akceptacji, ponieważ z jednej strony mamy wahabicką, religijnie purytańską Arabię i USA, które pragnie być modelowym wzorcem demokracji liberalnej. W środku jest, dość nieoficjalnie, żydowskie państwo, które asystuje w sojuszu sentencji „Ropa naftowa w służbie sprawiedliwości międzynarodowej”.Wszyscy, przynajmniej oficjalnie, zgadzają się co do jednego: trzeba powstrzymać ekspansję PI i pomóc Syryjczykom wrócić do domów.

z18657746qw-czasie-i-wojny-swiatowej-brytyjczycy-i-francuzi

Brytyjczycy i Francuzi na Bliskim Wschodzie, fot. Archiwum Cyfrowe

Poza USA, Zachód nie jest partnerem dla Bliskiego Wschodu od momentu kiedy skończyły się brytyjskie i francuskie podboje kolonialne. To czynnik niewiarygodny. Arabowie mają już więcej szacunku do Rosji, wyłączając Afganistan. Polityka UE to sinusoida od miękkiego antysemityzmu (przyjazny multikulturalizm wobec Arabów) do filosemityzmu (nagła islamofobia), którą Arabowie znają jako zabarwiony wyższością i pogardą orientalizm.

Wojna jest niekończącą się historią

W najbliższej przyszłości, wszystkiego czego możemy oczekiwać od blisko wschodniej polityki, to usztywnienie stanowisk na zasadzie, że każdy plan pokojowy będzie odbierany jako równanie niemożliwe. Żadna ze stron nie wydaje się być zainteresowana w szczery sposób zmianą statusu quo. Wspólnota międzynarodowa i podmioty sporu skupią się raczej na próbach uniknięcia wybuchu jeszcze jednej wojny lub minimalizowaniu rozlewu krwi, ale nie do jego całkowitego zatamowania. Zbyt wiele tutaj przeciwstawnych racji i interesów.

Po półwieczu złudzeń i krótkowzrocznej polityki Bliski Wschód wchodzi w XXI wiek pod kuratelą Zachodu i Rosji, będąc w coraz większym chaosie. Nie może się wyzwolić z fatalizmu i dekadencji, nie zamierza też odejść od tożsamościowej gorączki i przejść nawet do pozorów laickiego porządku świata. Nastroje w świecie islamskim są pełne pesymizmu co do dalszej przyszłości. Izrael pozostaje w pułapce „żydowskiego państwa”, a państwa arabskie obrały kurs ku radykalnemu islamowi, który za cel stawia sobie wojnę i podbój aniżeli możliwą użyteczność europejskiego dziedzictwa oświeceniowego w warunkach arabskich. Problem jest brak etapu reformacji jakiej doznało chrześcijaństwo, czyniąc je tym samym religią bardziej cywilizowaną i wyzbytą niepotrzebnej agresji. Na śmietnik idei możemy odłożyć nieprzemyślaną tezę Fukuyamy o końcu historii. Historia nas dogoniła i bawi się nami jak nigdy. Mapa pułkownika Lawrence’a jest nieprzerwanie przekleństwem dla Bliskiego Wschodu i jego społeczeństw.

Zdjęcie główne: pixabay

Cytaty i opinie G. Corma za jego książka „Bliski Wschód w ogniu. Oblicza konfliktu 1956-2003”

 

Share Button

Powiązane wiadomości

Napisz odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola oznaczone są za pomocą *



© 2014 Centrum Schumpetera. WSZYSTKIE PRAWA ZASTRZEŻONE.