Geopolityczna dezaktywizacja Turcji

Obecna sytuacja geopolityczna Turcji wygląda jak poruszanie się po ciągle zwężającej się z każdym metrem ścieżce. Stan Turcji to też gorliwa próba zachowania równowagi, gdy ze wszystkich stron uderzają w nią siły jej wrogie i pragnące jej upadku. Zapewne tak widzi to turecki rząd. Taką perspektywę przyjęła dla własnej wygody duża część społeczeństwa nad Bosforem. Echo, potwierdzające tę optykę, odbija się od tureckich ulic, rządowych budynków i redakcji co poniektórych mediów, tych przyjaźnie nastawionych do obecnego rządu.

Polityka względem konfliktu syryjskiego

Wstrzemięźliwość Ankary, choć daleka od konsekwencji, w obliczu konfliktu w Syrii była pierwszym błędem. To raczej próba mediowania, często pobieżnego tylko wspierania anty-Asadowskiej opozycji, z militarną interwencją dopiero, gdy było to już absolutnie konieczne. Od tego błędu  zapuściły korzenie kolejne, aby na tyle wrosnąć w glebę, iż dziś pętają one całą turecką aktywność, nie tylko w samej Syrii, ale również poza nią.

Zestrzelenie rosyjskiego samolotu w listopadzie 2015 r. i w wyniku tego jawne pogorszenie relacji z Moskwą, a następnie upokorzenie Ankary, to wszystko powinno już wtedy zmobilizować ją do znaczniejszych działań. Dać wyraźny sygnał, że nie można się cofnąć przed wzięciem na siebie większej odpowiedzialności. Tym bardziej, że dalej Turcja pozostaje domem dla milionów uchodźców z Syrii, których postawa względem tureckiego państwa to mieszanina życzliwości, zniecierpliwienia i w ostateczności otwartej wrogości, która służy fundamentalistom sunnickim jako wabik. Jak potwierdzają najświeższe informacje zamachowiec, który zabił 39 osób w noc sylwestrową pochodził właśnie z Syrii.

Albo gdyby na odwrót Turcja wycofała się całkowicie, skupiając wyłącznie na zabezpieczeniu granic i co najwyżej, jak sugerowali w swoim raporcie z połowy 2016 r. Dincer i Hecan[1], na humanitarnym aspekcie wojny domowej w Syrii, pozostając bierną, na ile mogła w stosunku do walczących stron, może zostałaby nagrodzona dziś lepszą pozycją wyjściową. Lecz Ankara ani do końca nie zaangażowała się w konflikt w Syrii, ani też z niego nie wystąpiła.

Ataki terrorystyczne w Turcji w 2016 r.

Ataki terrorystyczne w Turcji w 2016 r.

Wahanie się i wstrzymanie od znaczniejszych kroków prowadziło wyłącznie do pogłębienia problemu, nie zapobiegało jednocześnie temu, czemu analitycy nadali miano „przenoszenia konfliktu syryjskiego do Turcji”, wraz z infiltracją radykalnych środowisk tureckich przez ISIS lub Al-Nusrę. Powodowało to tylko, że ponosiła z tym związane przykre konsekwencje (jak seria zamachów z początku 2016 r.), jednak bez  możliwości kreowania wydarzeń.

W sierpniu 2016 Turcja zajęła część syryjskiego terytorium przy swoich granicach, odsuwając od siebie ISIS oraz, co równie ważne, uniemożliwiając oddziałom kurdyjskim połączyć siły z północno-wschodnich terenów Syrii z tymi z okolic Efrinu.

Zamach stanu

Zamach stanu z 15 lipca poprzedniego roku był, wydawało się wtedy, finalnym akordem dekonstruującej się w zawrotnym tempie strategii politycznej Ankary: świat coraz bardziej akceptował, godził się na obecność Rosjan w Syrii.

Uznał też, że walka z ISIS pozostaje priorytetem w walce ze światowym terroryzmem, a najaktywniejsi (do dziś) w walce z nim pozostający Kurdowie z Rożawy, pomimo licznych wahań, są dalej wspierani przez zachodnie kraje. Turcja natomiast podejrzewana nawet o współpracę z ISIS, coraz mocniej krytykowana, przeżywa w tym momencie poważny kryzys wewnętrzny.

Wojna domowa w Syrii, stan 30. grudnia 2016 r. Na błękitno - tereny zajęte przez Turcję w sierpniu 2016 r.

Wojna domowa w Syrii, stan 30. grudnia 2016 r. Na błękitno – tereny zajęte przez Turcję w sierpniu 2016 r.

W tych okolicznościach dawni sprzymierzeńcy Erdogana spod znaku Hizmet (czyli ruchu Fethullaha Gulena), którzy, jak przyznają także przeciwnicy prezydenta, licznie obsadzając państwowe instytucje[2], stworzyli niekontrolowane przez niego równoległe struktury.

W końcu starali się przejąć władzę, nim uchwalone podporządkowanie armii ministerstwu obrony zacznie działać na ich niekorzyść. Ideologicznie nie różniący się od siebie: zwolennicy AKP i ruchu Gulena, weszli w spór o władzę oraz o strategie tureckiego państwa. Choć pamiętać też trzeba, że guleniści pojawili się w armii jeszcze przed 2002 r., gdy do władzy doszedł Erdogan[3].

Zakres czystek był przeogromny i z racji tej budzi poważne zastrzeżenia zachodniej opinii publicznej: czy to oby nie przejmowanie państwa przez AKP, zwykły szaber pod przykrywką racji stanu; czystki te są jednak zrozumiałe. Pytanie skąd Erdogan wie kogo usuwać, czy nie usuwa na ślepo, ma prostą odpowiedź: wie, gdyż sam wcześniej przyczynił się do ustawienia tych ludzi na ich do niedawnych posadach. Nie potrzeba było list proskrypcyjnych, wystarczyła lista płac.

Dla wielu obserwatorów zamach jest zemstą za wcześniejszą politykę wypychania z urzędów „kemalistów” i upychanie na ich miejsca świetnie zorganizowanych, zgranych, lojalnych (najbardziej względem siebie) gulenistów. Mały problem, że zbyt świetnie.

Trzeba jednak oddać Erdoganowi, że działania po zamachu były racjonalne, choć zarazem musiały spotkać się z krytyką Zachodu. Jest to punk fatalny polityki tureckiej. Zachód zachowywał się, ze swej perspektywy, również całkowicie zrozumiale i niemniej racjonalnie: nie mając pełnej wiedzy o tym, co dzieje się w Turcji, odwołał się do swoich dogmatycznych przekonań.

Dodatkowo zdystansowana i pełna podejrzliwości reakcja Zachodu wywołała wśród Turków odruch obronny. Pojawiły się wyraźne resentymenty po obu stronach. Obie strony cierpią na to, że zostały skrępowane własnymi zasadami: Zachód „obroną demokracji i praw człowieka” oraz niezdolnością zrozumienia, że z perspektywy Turcji priorytetem jest ochrona państwa. Ankara natomiast odznaczyła się brakiem tolerancji, błędną komunikacją i zbyt daleko idącą obawą o bezpieczeństwo, która wyeliminowała inne, dodatkowe okoliczności, co z krzyczącego o rozliczeniach i wyłapaniu zamachowców prezydenta Erdogana uczyniło figurę à la Putin.

Sojusz Turcji z Rosją

Erdogan nie z własnego, swobodnego wyboru, nie jest przecież masochistą, znalazł się w sytuacji, gdy musiał dla wsparcia swojej polityki i osłabionej pozycji pielgrzymować pod bramy Kremla. Czy było z kolei przejawem geniuszu Putina, że z taką łaskawością przyjął prezydenta Turcji? Tak naprawdę Ankara jest przez Rosjan traktowana nie mniej łagodnie niż inne kraje, które z różnych powodów starały się wejść na wąską ścieżkę „sojuszu strategicznego” z Moskwą.

Nadmienić tylko wypada, że wojska Al-Asada, wspomagane przez Teheran i Moskwę, już kilkadziesiąt razy w ciągu ostatnich dni naruszyły, z tak wielką pompą niedawno ogłoszony rozejm. Obecnie trwają walki na południu Syrii, o miasteczko Basimah[4]; bombardowana jest również, przez siły rządowe, Duma (na północ od Damaszku, w enklawie zajętej przez FSA); z kolei wydaje się, że oddziały FSA same szykują się do marszu na Hamę[5], która mieści się na drodze prowadzącej od okręgu Idlib – kontrowanego przez FSA, do enklawy na północ od Homs.

Za wydarzenia te moralnie i politycznie, chcąc nie chcąc, Turcja odpowiada, przy tym jak i poprzednio, tylko jeszcze wyraźniej, pozbawiona jest narzędzi wpływu na to co się dzieje za jej południową granicą. Moskwa buduje sojusz Al-Asada z Rożawą, dając YPG[6] (Powszechne Jednostki Ochrony) możliwość zajmowania coraz to nowych terenów, a Al-Asadowi możliwość wykańczania opozycji zgrupowanej pod sztandarem FSA. Sojusz ten może istnieć tylko za szkodę dla Ankary.

Nieznośny ciężar geopolityki

Krytycy Erdogana, aż do przesady mu nieżyczliwi, dostrzegają, w przebiegu zdarzeń ostatniego roku, plan. „Odejście od Zachodu”, przejęcie pełni władzy (w sądownictwie i wojsku), zbliżenie z Rosją. Wskazuje to jednak bardziej na ich psychozę, niż pozwala nam zrozumieć zawiłe koleje tureckiej polityki i stojące za nimi splątane myśli obecnego prezydenta tej republiki. Geopolityczny układ w jakim dziś znalazła się Turcja to skutek działań wielu aktorów, wewnętrznych i spoza tureckich granic, i poszczególnych decyzji, z których każda była odpowiedzią na wyzwanie, najlepszą jaką w rządzie tureckim na dany moment dostrzegano.

Oczywiście wśród analityków pojawiają się głosy sugerujące, że nawet jeśli działania Erdogana nie miały charakteru planowej zmiany całej strategii Turcji, to jednak prezydent, zmuszony do poszukiwania sojuszników przeciw gulenistom, odwołał się świadomie do nacjonalistycznych i kemalistycznych elementów w wojsku, które chcą kierować politykę Ankary na wschód (ewentualnie ku Rosji i Azji Centralnej)[7].

Utrata sojuszników na zachodzie (m.in. w Stanach Zjednoczonych, gdzie administracja Obamy zachowywała się dość niejednoznacznie względem rządu tureckiego), konieczność znalezienia porozumienia z Moskwą, w perspektywie załamania się sił opozycyjnych w Syrii, zbiegły się z dochodzeniem do głosu ludzi o antyzachodnim nastawieniu. Przy tym, że ich obecność jest skutkiem krachu na linii Ankara-Zachód, co najwyżej krach oni ten pogłębiają i konserwują.

Erdogan sięgnął po, nie do końca wygodny dla niego, sojusz z kemalistami. Pozostaje jednak pytanie: czy kryje się za tym chęć odsunięcia się od Zachodu? Odsunięcie to przez licznych obserwatorów często jest tłumaczone ideologicznie (jako wyraz niechęci do liberalnej demokracji). Jednak narracja ta, która chce wytłumaczyć i znaleźć usprawiedliwienie dla niedawnej zmiany w tureckiej polityce zagranicznej, wręcz zasugerować wspomnianą wyżej premedytację, nie do końca poddaje się pozytywnej falsyfikacji.

Zagrożenie atakami terrorystycznymi na terenie Turcji

Zagrożenie atakami terrorystycznymi na terenie Turcji

Faktycznie w Turcji już w latach 20. istniał zwyczaj utrzymywania z Rosją (wtedy sowiecką) bliższych stosunków, lecz było to dla niej zawsze działanie taktyczne. Tureccy „euroazjatyści”, marzący o znacznym wpływie Turcji na wschodzie, dostrzegający tam możliwość ekspansji Ankary, również związki z Rosją traktują jako coś niestałego.

Ich antyzachodnie nastawienie nie może unieważnić tego, że silna obecność Turcji na terenie Eurazji Moskwie na dłuższą metę nie może odpowiadać. Notabene niezależnie czy mówimy o ekspansji bliskowschodniej czy środkowoazjatyckiej na obu tych kierunkach Turcja jest poważnie skonfliktowana również z Iranem. Zresztą dzisiejsza sytuacja Turcji, coraz bardziej uległej żądaniom Rosji, trudno zinterpretować jako część jakiejś euroazjatyckiej strategii.

To czy Ankara będzie się kierować na Bliski Wschód czy na Azję nie zmienia tego, że jej stosunki z Zachodem nie są wykluczającą się alternatywą. Można wręcz powiedzieć, że Turcja próbuje, niejako „od zawsze”, pogodzić te dwie sprawy: integrację z Unią i NATO oraz politykę ekonomiczno-politycznej ekspansji. Oddalanie się Turcji od Zachodu ma zawsze charakter czasowy.

Tweet „Oddalanie się Turcji od Zachodu ma zawsze charakter czasowy.”]

Bliski horyzont

Zamach w nocy z 31.12 na 1.01 jeszcze bardziej przyczyni się do ograniczenia liczby możliwych manewrów, coraz mocniej wpychając Turcję na ścieżkę walki z ISIS na warunkach dyktowanych przez Kreml. Jako jedynej konieczności, jedynego priorytetu. Tego, czego Turcja starała się za wszelką cenę uniknąć, budząc niezrozumienie w świecie. ISIS jest groźne, ale to tylko jeden z licznych problemów; jest przecież jeszcze: autorytarny rząd w Damaszku oraz lewicowi rewolucjoniści z PKK i Rożawy.

Terroryści przyczyniają się nie tylko do pogłębienia napięcia wewnętrznego, lecz, czy to w przypadkowy, czy w zamierzony, ale na pewno umiejętny sposób, powodują zanik potencjału Ankary na arenie międzynarodowej. Polityka zagraniczna Ankary na przestrzeni ostatnich lat przypomina krę lodową, która wypłynęła na rozgrzane wody, topiąc się w stałym tempie, bez możliwości odwrotu.

Coraz mniej dróg, coraz mniej możliwości taktycznych posunięć. Rozmowy pokojowe w Astanie, o ile się zaczną i dadzą jakikolwiek efekty, choćby w postaci dokumentu kończącego obrady, nie dadzą możliwości obrony tureckiego stanowiska, gdy dwa pozostałe kraje – Rosja i Iran są zgodne, co do losów wojny, a Iran jest zainteresowany tak jak Moskwa dezaktywizacją Ankary i progresem wojny, aż do ustanowienia ścisłego sojuszu szyitów na linii Teheran-Bagdad-Damaszek. Jeśli również prezydent Trump przyłączy się do kampanii uznającej wojnę w Syrii i w Iraku jako walkę li tylko z ISIS i Al-Kaida, z pominięciem innych spraw i graczy, Turcji pozostanie albo przyjąć bezwarunkowo tę optykę, albo wycofać się, co na pewno nie leży w naturze prezydenta Erdogana. Czyli de facto ponownie Turcja staje przed możliwością albo zaangażowania się, albo wycofania, tylko na gorszych dla niej warunkach. Od nieudanego zamachu z lipca politykę zagraniczną determinują po równo: przegrana wspieranych przez Ankarę sił w Syrii oraz wewnętrzne niepokoje.

Erdogan poszukując sił dających mu możliwość dalszej kontroli nad sytuacją w kraju, po utracie Hizmetu, musiał odwołać się do mało stabilnej koalicji swoich dotychczasowych wyborców i środowisk nacjonalistycznych[8]. A na horyzoncie z racji słabości opozycji nie widać alternatywy. Od czego więc musi zacząć Turcja, aby wydostać się z tej pułapki? Może od nauczenia się komunikowania swoich racji, znana dziennikarka Barçın Yinanç nazwała to rebrandingiem wizerunku Turcji.

Źródła

[1] O. B. Dincer, M. Hecan, The changing geo-strategy of Turkey’s foreign policy along its souther border, Institute for Strategic Dialogue.

[2] Barçin Yinanç, What has happened in the Turkish Foreign Ministry? [dostęp 4.01.2017].

[3] Gonul Tol, Omer Taspinar, Erdogan’s Turn to the Kemalists, „Foreign Affairs”, [dostęp 4.01.2017].

[4] http://syria.liveuamap.com/en/2017/3-january-saa-and-hezbollah-are-storming-basimah

[5] https://twitter.com/FSAPlatform/status/816293812553261056

[6] http://syria.liveuamap.com/en/2017/3-january-mahmudle-front-sdf-liberated-village-himaryan-and

[7] Gonul Tol, Omer Taspinar, op. cit.

[8] Ibidem.

Zdjęcia i mapy

Terrorist acts in Turkey in 2016

Terror in Turkey

Share Button

Powiązane wiadomości

Napisz odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola oznaczone są za pomocą *



© 2014 Centrum Schumpetera. WSZYSTKIE PRAWA ZASTRZEŻONE.