Mit Weimarski. Trójkąt Weimarski na tle relacji Francji, Niemiec i Polski.

Trójkąt Weimarski, przy skrajnie dla niego niekorzystnej interpretacji, może być zdefiniowany jako przeżytek przeszłości.

Sytuacja, w jakiej znajdował się nasz kraj, i cała w sumie Europa, w latach 90., gdy trzeba było wznosić nowe mosty między Wschodem a Zachodem, wymagała powoływania inicjatyw i wspólnot przekraczających zimnowojenne podziały. Trójkąt na linii Berlin-Paryż-Warszawa był jednym z nich, wyjątkowym, bo partycypowały w nim dwie największe potęgi kontynenty i kraj, po którym spodziewano się w przyszłości najwięcej.

Po co Trójkąt Weimarski?

Powołano go formalnie w 1991 r. – inicjatorami byli ministrowie spraw zagranicznych Francji i Niemiec. Pełna nazwa to Komitet Wspierania Współpracy Francusko-Niemiecko-Polskiej. Życie Trójkąta od tego czasu pulsowało w rytm corocznych spotkań: prezydentów, szefów rządów lub ministrów. Jego istnienie straciło sens, czy też musiało radykalnie ulec przedefiniowaniu, po wejściu Polski do Unii Europejskiej.

Trójkąt zakończył swoją rolę, lecz jak to zwykle bywa w stosunkach międzynarodowych: raz powołany byt trwa do czasu jak jego istnienie nie wadzi. Formuła Trójkąta była szczególnie prestiżowa dla Polski, a z perspektywy Berlina i Paryża przydatna jako narzędzie wpływu.

Zawsze przed kolejnymi szczytami formatu przypominano, że stanowi on niejako rdzeń Europy. Jednakże w jego istnienie wpisane było z kilka paradoksów. W latach 90. Trójkąt można było rozumieć jako spotkanie dwóch wielkich, statecznych matron i młodszej panny ze wschodu. Dwie owe damy zapraszały daleką krewniaczkę na wspólne podwieczorki, podczas których uczono tę młodszą dobrych manier i ogólnej ogłady.

A mówiąc trochę bardziej poważnie, i mniej metaforycznie, dla Polski uczestnictwo w Trójkącie miało niezaprzeczalne plusy, zarówno z perspektywy zewnętrznego wizerunku, jak i zdobywania nowych umiejętności poruszania się w świecie. Polska jako prymus integracji wspierany była przez dwie, wielkie stolice.

Niosło to jednak za sobą niebezpieczeństwo, w tamtym czasie mniej istotne, że Polska będzie postrzegana jako trwale powiązana z interesami Berlina i Paryża. Co więcej że obie stolice będą rościć sobie względem Polski pretensje uległości, „wdzięczności”, za to „co dla niej zrobiły”. Napięcia w tym zakresie ujawniły się już, gdy Leszek Miller zdecydował się wbrew Francji i Niemcom, aby Polska była koalicjantem USA w Iraku.

Inny paradoks to taki, że Trójkąt nie mógł przynieść żadnych realniejszych skutków, trwałych politycznych projektów, z uwagi na dysproporcje uczestników. Chyba że w ramach formatu Polsce przypadłoby określone zadanie, które wynosiłoby ją, w zamian jednak za zgodę na pewne warunki. Tymi warunki mogłoby być wypełnianie roli „człowieka Berlina (lub Paryża)” na Wschodzie. Na takie wyniesienie poprzez zgodę na przywództwo Berlina liczył duet Tusk-Sikorski. To kryło się za „płynięciem w głównym nurcie”.

W tym scenariuszu, rola Polski: jako wice-Niemiec w Europie Środkowo-Wschodniej, wynikałaby z uczestnictwa w Trójkącie, byłaby nim uwarunkowana. Roli tej Polska nie odgrywała. Tak z uwagi na swoje ambicje, jak również niekonsekwencje w prowadzeniu polityki wschodniej przez Berlin i, szczególnie, Paryż (np. stale deklarowane, do 2014 r. oczekiwanie obecności w formacie Rosji, mimo coraz bardziej antyeuropejskiej postawy Moskwy).

Geopolityka Weimaru

Na pytanie czy szczyty Trójkąta Weimarskiego niosą ze sobą coś więcej niż okazję do spotkania się polityków trzech państw, nie da się jednoznacznie odpowiedzieć. Lub też gdyby jednak zażądano takiej jednoznacznej odpowiedzi, to musiałaby ona brzmieć: nie. Samo wejście do Unii dało Polsce możliwość współgrania ze wszystkimi jej członkami, na bazie formalnej równości podmiotów. A więc tworzenia sojuszy takich na jakie pozwala chwila, takich jakie w danej chwili są potrzebne.

Trwałość części z nich – jak V4, umotywowana jest geopolitycznie. W geopolitycznym sensie póki Polska nie jest równa Niemcom i Francji Trójkąt jest tworem fasadowym. Nie znaczy to aby nie starano się o powołanie w jego ramach trwalszych struktur – np. w 2006 r. zapadła decyzja o utworzeniu Weimarskiej Grupy Bojowej, powołanej, i rozwiązanej, ostatecznie w 2013 r.

Kilkakrotnie ogłaszano rewitalizację formatu, lecz za każdym razem popadał on ponownie w letarg. W 2011 r. myślano o wpisaniu go w europejską politykę obronną. Trójkąt, jako spotkanie przedstawicieli zachodu, centrum i wschodu Unii miał być – tak można to rozumieć, pra-głosem całej Unii, wykraczającym poza tandem Berlin-Paryż (szczególnie widoczny w erze Sarkozy-Merkel). Gdzie miano wstępnie inicjować kierunki rozwoju Unii. Obecność Polski jednak nie wykraczała poza rolę przyzwoitki. Ponowne ożywienie miało przypadać na 2014 r. w związku z kryzysem na Ukrainie.

Rok 2017 przynosi kolejną próbę powrotu do formatu i (ponownie) rozczarowanie. W wyborach do Bundestagu CDU postuluje rewitalizację Trójkąta Weimarskiego, lecz praktycznie jako jedyna. Polski rząd uznał, że najlepiej wzmocnić inicjatywę na poziomie roboczym, czyli poprzez spotkania na szczeblu ministerialnym. Szczególnie dużo obiecywano sobie po spotkaniu „szarpów” i ministrów finansów w lutym br.

Potem było fiasko szczytu w sierpniu z udziałem prezydentów Polski i Francji oraz pani kanclerz. Jak w październiku informowała wiceminister Wroniecka w formacie weimarskim spotkano się w tym roku aż cztery razy. Wydaje się, że to strona polska z całej trójki najbardziej zabiegać o spotkanie szefów państw, co realnie przyniesie najmniej skutków, ale będzie miało znaczenie wizerunkowe. Dziś powszechnie uważa się, że największe napięcia występują na linii Paryż-Warszawa. 

Źródła konfliktów

To co dziś dodatkowo staje na przeszkodzie całemu projekt jest odsłonięcie się pęknięcia na linii Wschód-Zachód (notabene w momencie gdy pęknięcie Północ-Południe również dalej występuje). Relacje Polski z Berlinem i Paryżem utrudniane są przez dwa rodzaje czynników, oba zrodzone na Zachodzie. Pierwszy ma naturę ideologiczną, drugi polityczną.

Ideologicznie spór odnosi się do pryncypiów liberalnej demokracji. Na Zachodzie od kilku lat do spraw tych podchodzi się z niebywałym wyczuleniem (by nie powiedzieć histerią). Szczególnie w okresie wyborów 2016-17, gdy w krajach Zachodnich mierzono się ze wzrostem znaczenia sił populistycznych (zdefiniowanymi jako niedemokratyczne i nieliberalne). Jeśli przypomnieć sobie atmosferę wyborów w Austrii, w Niemczech, we Francji czy Holandii (plus Brexit i Trump), dominujące wtedy emocje, nie powinny dziwić następstwa.

Do jakiegoś momentu można było starać się je okiełznać, lecz przekroczono wtedy w debacie publicznej rubikon, co musiało zaważyć na postawie czołowych polityków. Polityczne (choć nie prawne) delegitymizowanie w dyskursie publicznym sił skrajnych pociągało za sobą potrzebę realnych działań. Inaczej mówiąc, skoro duża część establishmentu Francji uznała Front Narodowy za zagrożenie dla demokracji, a establishment Niemiec analogicznie oceniało AfD, to nie mogło to nie obrócić się przeciw Polsce. Gdzie od 2015 r. rządzi partia o programie zbliżonym (nawet jeśli pozornie) do wyżej wspomnianych.

Duża część francuskich i niemieckich wyborców walkę z siłami „faszyzującymi” potraktowała dosłownie. Dla niej niezrozumiała była sytuacja, gdy odmawiająca współdziałania z AfD kanclerz nie reaguje na rządy PiS czy Fideszu równie stanowczo. Zwrócić można uwagę, że zwycięstwo PiS w 2015 r. nie wzbudziło tak negatywnych emocji jakie pojawiły się w 2017 r. wzmocnione dodatkowo propolską polityką Ameryki Trumpa.

Drugi czynnik to już realna różnica zdań co do przyszłości Unii – zresztą występująca także między Berlinem a Paryżem. „Europa równych narodów” oczekiwana w Warszawie stoi w sprzeczności z propozycjami Paryża, które wprowadzają w Unii Europejskiej swoistą hierarchię. „Na tych co chcą więcej (integracji) i więcej robią” oraz całą resztę. Berlin – na pewno pod wodzą kanclerz Merkel, jest tu bardziej zbalansowany.

Z perspektywy Polski nie chodzi tu jednak wcale o realizację jakiegoś śmiałego projektu, co raczej o apriorycznie zadeklarowane podporządkowanie się planom Paryża i Berlina. Kategoryczność wystąpień Emmanuela Macrona wyklucza faktyczny dialog. Nic więc dziwnego, że w tej atmosferze do spotkania Trójkąta na szczeblu głów państw nie doszło.

Jak wyglądać będzie przyszłość? W 2018 r. liczyć można na pewne uspokojenie, po ustabilizowaniu się władz w Paryżu i w Berlinie. Powrót do formatu Trójkąta wydaje się naturalny, tym bardziej gdy ulegnie wzmocnieniu międzynarodowa pozycja Polski jako członka Rady Bezpieczeństwa ONZ. Będą to jednak raczej szczyt rozbieżności, szczyty kryzysowe. I może właśnie w tej formie Trójkąt najbardziej się sprawdzi. Nie jako nierealne, i nieakceptowane w sumie przez nikogo, „serce Europy”, lecz jako miejsce „ostatniej szansy”, gdzie kraje, mające dwa (albo i więcej) różne projekty przyszłości Unii, spotykają się, aby ustalić na spokojnie co je dzieli, bardziej niż co je łączy.

Tekst powstał w ramach projektu „Regionalny Ośrodek Debaty Międzynarodowej w Poznaniu, 2017-2018”. Projekt współfinansowany przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych Rzeczypospolitej Polskiej. Publikacja wyraża jedynie poglądy autora i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP.

 

Share Button

Powiązane wiadomości

Napisz odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola oznaczone są za pomocą *



© 2014 Centrum Schumpetera. WSZYSTKIE PRAWA ZASTRZEŻONE.